Nachylony nad nią nadal obejmował jej żuchwę obiema łapami. Jego palce zanurzały się lekko w miękkim, białym futrze, kontrastując z jego własnym złotym umaszczeniem. Trzymał ją tak, jakby była czymś kruchym, czymś, co można łatwo spłoszyć jednym nieostrożnym ruchem. Jego orzechowe oczy nie odrywały się od jej spojrzenia. Było w nich coś więcej niż tylko pragnienie — mieszanina napięcia, skupienia i niemal chłopięcej niepewności. Jakby to pytanie, które przed chwilą wypowiedział, wciąż wisiało między nimi, choć ona już dała mu odpowiedź. Kiedy dostrzegł zgodę w błękicie jej oczu, jego oddech stał się cięższy. Nie dlatego, że się spieszył — wręcz przeciwnie. To była ta szczególna chwila, w której czas zwalnia, a każdy ruch nabiera znaczenia. Jedna z jego łap powoli przesunęła się wyżej, sunąc wzdłuż linii jej policzka. Pazury, zwykle ostre i pewne, teraz ledwie muskały skórę pod futrem. Druga łapa wciąż podtrzymywała jej pysk, delikatnie unosząc go ku sobie. Nie zmuszał, zapraszał ją. Ich czoła niemal się zetknęły. Ciepło jego oddechu osiadało na jej wargach, mieszając się z jej własnym. Przez krótką chwilę po prostu tam trwał — wpatrzony w nią z bardzo bliska, tak, że mógł dostrzec najmniejsze drżenie jej powiek. Świat wokół zdawał się wyciszyć, nie było już szumu wiatru, zapachu fiołków ani ciężaru ziemi pod łapami. Była tylko ona. Jego wargi dotknęły jej najpierw dość niepewnie — ledwie muśnięciem, jak pytanie zadane po raz drugi, tym razem bez słów. To nie był gwałtowny gest. Był ostrożny, uważny, jakby chciał zapamiętać strukturę tej chwili, smak jej bliskości, delikatność jej reakcji. Zatrzymał się na moment, pozwalając jej odpowiedzieć. A gdy poczuł, że nie cofa się, że przyjmuje ten gest, wówczas pogłębił pocałunek, wciąż powoli, z namysłem. Jego łapy przesunęły się subtelnie, jedna wzdłuż jej szyi, druga opadła niżej, na wysokości klatki piersiowej, obejmując ją i przyciągając tak, by między nimi nie było już żadnej przestrzeni. Nie było w tym zachłanności, było za to ciepło, napięcie i pełna świadomość, że to pierwszy raz, gdy przekraczają niewidzialną granicę.
Początkowo powolny, niemal badawczy pocałunek zmienił się w jednej chwili. Coś w nim pękło — może napięcie, które zbyt długo trzymał na wodzy, może świadomość, że naprawdę go nie odepchnęła. Jego łapy, dotąd ostrożne i wyważone, zacisnęły się mocniej. Nie boleśnie, lecz z wyraźną potrzebą utrzymania jej przy sobie. Pogłębił pocałunek bez dalszego wahania. Ciepło, które wcześniej tliło się między nimi spokojnie, teraz zapłonęło żywym ogniem. Jego oddech wyraźnie przyspieszył, stał się cięższy, urywany. Palce zanurzyły się w białym futrze, przyciągając ją jeszcze bliżej, o ile było to jeszcze możliwe, aż ich ciała zetknęły się niemal całkowicie. Złote futro przylgnęło do jasnego, gdy nachylił się bardziej, niemal osłaniając ją sobą. W jego ruchach pojawiła się drapieżna pewność — instynkt, którego już nie próbował tłumić. Pocałunki stały się szybsze, głębsze, bardziej zachłanne, jakby chciał nadrobić każdą sekundę wstrzymanego wcześniej pragnienia. Oderwał się tylko na moment, by zaczerpnąć powietrza — jego spojrzenie było teraz ciemniejsze, intensywniejsze. Źrenice rozszerzone, orzechowe oczy lśniły czymś dzikim. Nie dał jej jednak czasu na długie zastanowienie. Jego wargi znów odnalazły jej — tym razem z jeszcze większą śmiałością. W tym pocałunku nie było już ostrożności, była potrzeba. Potrzeba jej ciepła, jej bliskości, jej odpowiedzi. Jedna łapa zsunęła się niżej, sunąc po linii jej barku i dalej, przyciągając ją jeszcze bliżej, jakby bał się, że jeśli choć na chwilę poluzuje uścisk, straci ją bezpowrotnie. Dlatego żeby zapobiec ewentualnej ucieczce, złapał waderę pod boki i razem z nią legł na niebieski koc, trzymając ją na swoim ciele i nie przestając jej całować.