Zastrzygła uchem, kiedy odniosła wrażenie, że dociera do niej jakiś... chichot? I to gdzieś spod ziemi? Dziwne. Zaczęła się rozglądać uważniej, przekonana, że chyba całkiem jej odbiło z tej całej samotności. I wtedy usłyszała głuche ŁUP, więc natychmiast odwróciła mordę w stronę źródła dźwięku. Dopiero wtedy dostrzegła coś, co poruszało się pod śniegiem. Kret? W środku zimy?
— Ale to ja jestem nienormalna — rzuciła i parsknęła z rozbawieniem, bo widocznie to był tak super świetny żart.
Nie miała w końcu pojęcia, iż to, co przekopywało zmrożoną ziemię było jedynie niewiele większym od kreta wilczkiem. I na pewno o wiele bardziej okrąglutkim. Już miała skupić się na tym swoim przeręblu, gdy kątem oka dostrzegła jakiś ruch — prawdopodobnie czmychającego Kupidyna.
Na szczęście Voluptas, może z racji na młodszy wiek (pokręciła głową, ojciec zasłużył na emeryturę) utrzymała się sprawnie na gałęzi drzewa położonego z drugiej strony pary. Cóż, wiedziała już, że na ojca nie ma co liczyć. Poprawiła pozycję, naciągnęła zgrabnie cięciwę i umieściła w odpowiednim miejscu różową strzałę. Wymierzyła, a potem z gracją i elegancją puściła strzałę, która ubodła fioletową wilczycę w jeden z barków, po czym rozsypała się w różowy, brokatowy pył.
Voluptas zaś poprawiła kołczan i ruszyła za Kupidynem. Jedynym śladem po jej obecności była różowa struga, rozmywająca się leniwie w powietrzu.
— Cześć, Saba — przywitała się z wilczkiem uprzejmie, łapą próbując sięgnąć w miejsce, gdzie coś ją ukłuło. Na palcach pozostało jedynie nieco brokatowego proszku, przyjrzała się mu uważnie. Skąd to? Nie miała pojęcia. Ale chyba nie powinno jej już nic dziwić, skoro właśnie przemawiał do niej kret? Cóż, prawdopodobnie powinna być zdziwiona — lecz jak mogłaby, skoro jej ojciec zamieniał się w zająca? — Wróżką? Skądże — rzuciła, podchodząc bliżej samczyka. Złapała go obrokatowionymi łapami za boki i spróbowała pomóc mu wydostać się z pułapki. — Ojej, nie jesteś kretem. Jesteś... — czym, właściwie był?
I czy to się liczyło? Nieważne, czym była ta wesoła kupka śniegu — była nad wyraz urocza!
— Ale to ja jestem nienormalna — rzuciła i parsknęła z rozbawieniem, bo widocznie to był tak super świetny żart.
Nie miała w końcu pojęcia, iż to, co przekopywało zmrożoną ziemię było jedynie niewiele większym od kreta wilczkiem. I na pewno o wiele bardziej okrąglutkim. Już miała skupić się na tym swoim przeręblu, gdy kątem oka dostrzegła jakiś ruch — prawdopodobnie czmychającego Kupidyna.
Na szczęście Voluptas, może z racji na młodszy wiek (pokręciła głową, ojciec zasłużył na emeryturę) utrzymała się sprawnie na gałęzi drzewa położonego z drugiej strony pary. Cóż, wiedziała już, że na ojca nie ma co liczyć. Poprawiła pozycję, naciągnęła zgrabnie cięciwę i umieściła w odpowiednim miejscu różową strzałę. Wymierzyła, a potem z gracją i elegancją puściła strzałę, która ubodła fioletową wilczycę w jeden z barków, po czym rozsypała się w różowy, brokatowy pył.
Voluptas zaś poprawiła kołczan i ruszyła za Kupidynem. Jedynym śladem po jej obecności była różowa struga, rozmywająca się leniwie w powietrzu.
— Cześć, Saba — przywitała się z wilczkiem uprzejmie, łapą próbując sięgnąć w miejsce, gdzie coś ją ukłuło. Na palcach pozostało jedynie nieco brokatowego proszku, przyjrzała się mu uważnie. Skąd to? Nie miała pojęcia. Ale chyba nie powinno jej już nic dziwić, skoro właśnie przemawiał do niej kret? Cóż, prawdopodobnie powinna być zdziwiona — lecz jak mogłaby, skoro jej ojciec zamieniał się w zająca? — Wróżką? Skądże — rzuciła, podchodząc bliżej samczyka. Złapała go obrokatowionymi łapami za boki i spróbowała pomóc mu wydostać się z pułapki. — Ojej, nie jesteś kretem. Jesteś... — czym, właściwie był?
I czy to się liczyło? Nieważne, czym była ta wesoła kupka śniegu — była nad wyraz urocza!







