— Agito. — Odezwała się spokojnie, nie spuszczając z powłóczystego nieznajomego wzroku. Duch przekrzywił głowę, jakby słuchał jej głosu z innego świata.
— Całe życie biegłem — Powiedział cicho, racząc ją historią swojego życia niezapytany, a jego głos był jak szelest suchych liści. — Za mocą, za rangą, za wszystkim, co mogłem zdobyć. Nie zatrzymałem się ani razu. Dopiero tu, kiedy nie ma już nic do zdobycia, widzę, że świat był piękny. — Głos mu zadrżał. — Chciałbym... chciałbym choć raz się nim nacieszyć. Kolorami jesieni, bogactwem natury, promieniami słońca. — Przekrzywił głowę wbijając w nią puste spojrzenie. Zhoryia milczała przez chwilę, wpatrzona w niego z tym chłodnym rodzajem współczucia, który nie wymagał słów. Jej spojrzenie miało w sobie coś niepokojącego, jakby rozumiała zbyt dobrze, co znaczyło gonić bez końca.
— To paradoks — Odezwała się w końcu miękko z refleksyjną, właściwą dla Giovannich nutą. — Dopiero ci, którzy przestali żyć, naprawdę widzą życie. — Przechyliła łeb, jakby oglądała go w świetle zachodzącego słońca.
— Pomożesz mi...? — Zapytał duch podchodząc o krok bliżej.
Podniosła wzrok, a kąciki jej pyska uniosły się lekko, jakby pytanie ducha wcale jej nie zaskoczyło. W świetle zachodzącego słońca jej oczy lśniły jak dwa chłodne klejnoty, odbijając w sobie zarówno blask, jak i cień. Przez dłuższą chwilę milczała, pozwalając, by cisza między nimi nabrzmiała znaczeniem.
— Pomogę — Odparła wreszcie spokojnie, głosem.. — Nie dlatego, że ci współczuję. Litość jest dla tych, którzy nie rozumieją ceny, jaką płacimy za własne ambicje, ale świat.. nawet po śmierci ma wciąż wiele do zaoferowania. — Nikt nie wiedział tego lepiej od niej, która tak często spoglądała za zasłonę.
/ przejmuję jesieniarę









