Podszedł do matki powoli, jakby nie będąc pewnym, czy na pewno powinien. Jej wyznanie, iż zabijała, wstrząsnęło nim dość mocno. W końcu nie było to oznajmienie, że lubi placki, lecz coś o wiele poważniejszego. Sam nie był jeszcze pewien, jak do tego podejść. Był jednak całkiem empatycznym wilczkiem i z pewnością nie zamierzał rodzicielki za to biczować. Dlatego, targany instynktem, musnął nosem policzka matki. Kochał ją. Kochał taką, jaką była dzisiaj. Nie było aż tak istotne, kim była wcześniej, prawda?
— Feniks ci wybaczył. Więc wybaczy i mnie — szepnął. Nie chodziło nawet o to, by jakkolwiek wartościował przewinienia własne i te Jutrzenki, choć prawdopodobnie kompas moralny w jego łebku z pewnością niemal natychmiast zaklasyfikował zabijanie jako coś gorszego niż złorzeczenie w myślach bratu. Z drugiej jednak strony... Ona zabijała obcych. Możliwe, że tych, którzy zagrażali ogólnemu porządkowi. Trochę, jak w Ogniu. A on wymierzył złe myśli w kogoś sobie bardzo bliskiego.
— Nie da? — zareagował dość odruchowo, bo w sumie prawdopodobnie gdzieś na dnie duszy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż tak właśnie było. Odsunął się nieco od mamy, ale jedynie dlatego, by lepiej ją widzieć. Zresztą i ona obserwowała jego, badając reakcje. Cóż, słuchał uważnie, czasami w jego oczach odmalowało się niezadowolenie i rozczarowanie, lecz nie wchodził jej w słowo i nie komentował tego, o czym mu mówiła. Akceptował, choć spora część jego duszy mocno się temu sprzeciwiała.
— Nauczysz mnie? No, wiesz... Jak bronić? Siebie, ciebie, klanu? — poprosił nieco niepewnie.
— Feniks ci wybaczył. Więc wybaczy i mnie — szepnął. Nie chodziło nawet o to, by jakkolwiek wartościował przewinienia własne i te Jutrzenki, choć prawdopodobnie kompas moralny w jego łebku z pewnością niemal natychmiast zaklasyfikował zabijanie jako coś gorszego niż złorzeczenie w myślach bratu. Z drugiej jednak strony... Ona zabijała obcych. Możliwe, że tych, którzy zagrażali ogólnemu porządkowi. Trochę, jak w Ogniu. A on wymierzył złe myśli w kogoś sobie bardzo bliskiego.
— Nie da? — zareagował dość odruchowo, bo w sumie prawdopodobnie gdzieś na dnie duszy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż tak właśnie było. Odsunął się nieco od mamy, ale jedynie dlatego, by lepiej ją widzieć. Zresztą i ona obserwowała jego, badając reakcje. Cóż, słuchał uważnie, czasami w jego oczach odmalowało się niezadowolenie i rozczarowanie, lecz nie wchodził jej w słowo i nie komentował tego, o czym mu mówiła. Akceptował, choć spora część jego duszy mocno się temu sprzeciwiała.
— Nauczysz mnie? No, wiesz... Jak bronić? Siebie, ciebie, klanu? — poprosił nieco niepewnie.




