Cóż, nie udało mu się spotkać Arsena. W zasadzie — prawdę mówiąc — przesiedział tutaj chyba z pół nocy, nie osiągając nawet małego promila wyznaczonego sobie celu. Nie podobało mu się to. Zawył przeciągle, jakby w nadziei, iż zabłąkane dusze wychwycą zawodzenie i pojawią się na wezwanie.
Wkrótce okazało się, że się udało. A może była to kwestia zwykłego przypadku? W każdym razie nieopodal niego, przed samym jego nosem, pojawiła się zjawa. Wilk, mocno pokiereszowany, przyglądał się pustymi oczodołami temu, który odważył się zmącić spokój zalegających na cmentarzu duszy. Yvo mógł się jedynie domyślać, co siedziało w głowie duszy. Podejrzewał, iż nie była ona szczególnie zadowolona, więc i wilkołak spiął wyraźnie mięśnie.
— Przepraszam, nie chciałem cię niepokoić — przemówił w Ithilyelve, pokornie skinąwszy głowę. — Potrzebuję aury umarłych. Działam na korzyść Klanu Księżyca — wyjaśnił.
Dusza zawyła (a raczej Yvarrah sobie to wyobraził widząc szeroko rozdziawione szczęki ducha — litości, czy on w ogóle miał staw żuchwowy?), zachwiała się odrobinę niczym hologram z jakimiś zakłóceniami. A potem, całkiem niespodziewanie, przelała swoim pyskiem nieco ektoplazmy. Yvo pospiesznie otworzył słoiczek i nazbierał jej nieco, zaskoczony tym, jak gęsta była aura umarłych. I wydawała się być puszysta, jak obłoczek.
— Dziękuję — odparł niegłośno.
Duch zniknął, a wilkołak na drżących z wrażenia łapach ruszył dalej.
/ zt.
/ + 1 x aura umarłych