/sorki że tak długo, od piątku choroba mnie zmogła. Z pełną pompą jedziemy!
Wysoka, zgrabna wilczyca o bladej jak kreda cerze, przemierzała bory łowieckie, niczym duch strasząc niezaznajomione z nią wilki, choć nawet nie starała się szczególnie robić komukolwiek krzywdy. W zasadzie planowała wizytę na targowisku, na placu na drzewie, wytargować kilka przedmiotów o okazyjnych cenach. Stąd też wystroiła się jak dama na bal — szminka, rzęsy, pazurki, makijaż, nawet dodatkowe futro na siebie założyła, by nie zmarzła w ten szczególnie chłodny dzień.
Z gracją jej łapy niemal tańczyły, ledwo dociskając śnieg pod sobą, a przy jej boku elegancka torba, pełna różnych skarbów, choć żaden z nich stricte nie był ani magiczny, ani składnikiem, ani amuletem, ot... bibeloty jak; kosmetyczka, lusterko, stary wisiorek z puzderkiem (W który niegdyś trzymała swoje lekarstwa), trochę racji żywnościowych i parę "tylko" cennie wyglądających bibelotów.
Nucąc pod nosem kątem oka zobaczyła kształt innego, nieznajomego sobie wilka. No nie, nienienie, zamilkła natychmiast i schowała się za drzewem, licząc na to, że nie została dostrzeżona (wielce wątpliwe, jej śpiew był wyraźnie słyszalny z daleka). Wyjrzała lekko spodełba, lekko za korę i zajrzała na pokrytego bliznami burego, zdenerwowanego samca. Może lepiej się z nim mi
— Ała! — Coś ukuło ją w udo, przez co jęknęła głośno, na co zamarła i szybko zerknęła najpierw na puste już miejsce, a potem z niemal zawałowym tętnem przytulić się mocno do drzewa, za którym się kryła. Przerażało ją to, jak się skończy sytuacja, w jaką się wpakowała, bo uciekanie w jej wykonaniu jest raczej... hm, delikatnie rzecz ujmując — nieefektywne.
Jeden z wielu posłańców walentynkowej zarazy przesiadywał na gałęzi wysokich drzew, wypatrując potencjalnych ofiar. Ten tutaj wykazywał się wyjątkowym lenistwem, spodziewając się, że głodne wilki same przyjdą do borów i napatoczą się pod jego strzałę... po co ma kogokolwiek szukać?
Niemo ziewnął, wisząc kilkanaście metrów nad ziemią — idealnie zlany z śnieżnym krajobrazem, aż oczom jego ujawnił się samiec i samica. Cóż... niekoniecznie w aż tak idealnym zgraniu czasowym, do tego miał opory, by od razu napiąć łuk i ugodzić Nathelliona magiczną strzałą, zmieniającą się w brokat/różowy dymek/cokolwiek, ponieważ — ot, był leniem. Nie mniej, po nadejściu Lilian, spiął się w sobie, bo wypłaty za nic nie robienie nie dostanie. Cięciwa napięta, strzała na łuku i poszła w ruch, czego efektem była nieco przesadnie intensywna reakcja. Dobra, został jeszcze samczyk...
/Możesz skorzystać z mojej narracji, jeśli chcesz
