Strona 12 z 12

Zgliszcza leśnego baru

: 15 lut 2026, 8:58
autor: Riskikoi
Samiec uniósł łeb ku różowej łunie, jakby próbował zrozumieć, dlaczego jego serce bije szybciej. Magia drżała w powietrzu, miękka, niemal kusząca… ale wtedy dotarł do niego inny bodziec. Zapach. Obcy, ostry, niosący ze sobą cień Cienia. Zamarł. W jednej chwili całe to subtelne mrowienie zniknęło pod ciężarem instynktu. Riski odwrócił się gwałtownie, stając pewniej na łapach, nisko opuszczając ogon, ale unosząc głowę w obronnym geście. Nie widział jej jeszcze, ale czuł… była blisko. Zbyt blisko. Klan Cienia. To nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Różowa łuna odbiła się w jego oczach, gdy wpatrywał się w ciemniejący las, gotów na wszystko, co mogło z niego wyjść. Nie wiedział, że to właśnie ta chwila, ten jeden, drobny wybór, zacznie splatać ich losy w sposób, którego żadne z nich nie przewidziało.

Zgliszcza leśnego baru

: 16 lut 2026, 10:34
autor: Neffrea
Z całej siły starała się nie widzieć tej różowej łuny. Z jakiegoś powodu czuła, że doskonale wie, co to znaczy — chociaż rok w rok starała się nie zauważać podobnych niuansów i uparcie nie łączyła ich w tym dziwnym uczuciem; jakże obcym, a jednak rokrocznie łapiącym ją za serce. Neffrea była przekonana, że nie potrafi pokochać; już nie. A jednak co roku, o podobnej porze roku, coś mieszało jej w głowie. Prawdopodobnie wkurzało ją to cholernie, ale z drugiej strony... Cóż, tamten Ognisty, który zamknął ją finalnie w lochu, był naprawdę apetyczny i chętnie skosztowałaby go ponownie.
Teraz jednak miała przed sobą kogoś innego. Prawdopodobnie gdyby nie delikatna nuta Magii Natury, wciąż uznałaby wilka za członka tego najmniej konfliktowego (z reguły, nie z wyjątków) klanu. Prawdopodobnie to kwestia skrzydeł, chociaż doskonale kojarzyła pewnego Cienistego z podobnymi ozdobami na grzbiecie. Inna jednak rzecz, że zdecydowanie większe prawdopodobieństwo na spotkanie skrzydlatego było w Naturze, niż gdziekolwiek indziej. A przynajmniej takie miała wrażenie, choć przecież zdawała sobie sprawę z tego, że zarówno alfa ich niedawnego sojusznika, jak i Upiory Klanu Potępienia, dysponowały mniej lub bardziej eleganckimi skrzydłami.
Była dzisiaj rozdrażniona. Postanowiła się zatem z grafitowym nieco pobawić.
Zapadła się niespiesznie w cień, milimetr po milimetrze, bez pośpiechu. Obserwowała go uważnie. Nie wydawało się, że zaraz ruszy do ucieczki — choć, gdyby poderwał się do lotu, z pewnością wszystko by jej pokomplikował. Prawdopodobnie dlatego działała tak niespiesznie, coby nie zwracać większej uwagi Wilczara na bardziej gwałtowny ruch.
A potem, znacznie energiczniej i gwałtowniej, wyłoniła się z cienia jakiegoś drzewa, a może i samych ruin, tuż obok samca. Mało tego, odbiła się mocno zadnimi łapami, by przyszpilić wilka do podłoża. Jeśli trzeba było (i jeśli Riskikoi wyrazi zgodę) wbiła sztylet w jedno z jego skrzydeł, gdzieś nieopodal kości, by unieruchomić samca, a przy okazji odrobinę mu dokuczyć. Łapami oparła się mocno o jego tors, w zasadzie nawet się na nim położyła, by jej czasem nie umknął. Jej niebieskie oczy odszukały — o ile się udało — spojrzenie swojej ofiary.
Akuku — rzuciła krótko, uśmiechając się do samca przymilnie. Cóż, Naturzyści byli raczej łatwym celem; dlaczego miałaby sobie pożałować odrobiny zabawy?


Zgliszcza leśnego baru

: 16 lut 2026, 11:15
autor: Riskikoi
Nawet nie zdążył dobrze wyczuć kierunku, z którego nadchodziła samica, kiedy cień pod jego łapami nagle drgnął. Zareagował za późno… był zbyt skupiony na łunie, zbyt rozproszony dziwnym mrowieniem w skrzydłach. Zanim zdążył się odsunąć, coś ciężkiego i zdecydowanego uderzyło go w bok. Upadł na ziemię z głuchym sapnięciem, a ostrze zimnego metalu przeszyło jedno ze skrzydeł. Nie głęboko, ale wystarczająco, by poczuł piekący ból i instynktownie spróbował się wyrwać. Jej ciężar skutecznie mu to uniemożliwił. Łapy samicy wbiły się w jego tors, a jej futro otarło się o jego szyję, gdy nachyliła się nad nim z tym swoim zbyt pewnym siebie uśmiechem. Samiec wbił w nią spojrzenie, ostre, napięte, ale nie przestraszone. Bardziej… zaskoczone. I zirytowane.
Z Cienia, co? Macie zwyczaj tak witać obcych? — warknął cicho, choć bez pełnej agresji. Skrzydło pulsowało bólem, ale równocześnie… coś w nim drżało. Jakby magia, której nie czuł od miesięcy, próbowała się przebić przez ostrze i ból. Różowa łuna odbijała się w jego oczach, gdy patrzył na nią spod siebie.
Jeśli chciałaś mojej uwagi, wystarczyło powiedzieć — dodał, z nutą wyzywającej pewności, która pojawiła się w nim zupełnie nieproszenie.

Hedon zatrzymał się w cieniu zawalonego łuku, skrzydła przyciśnięte do boków, a łuk trzymany luźno, choć gotowy do użycia. Obok niego Voluptas przysiadła na krawędzi kamiennego bloku, zwisając łapami i obserwując scenę z wyraźnym rozbawieniem. Neffrea wyłoniła się z cienia jak drapieżnik, a jej ruch był tak szybki i precyzyjny, że nawet Hedon uniósł lekko brwi. W jednej chwili przygwoździła Riskikoi do ziemi, a ostrze wbiło się w jego skrzydło. Samiec syknął, ale zamiast strachu w jego oczach pojawiło się coś, co Hedon uznał za niepokojąco znajome — iskra wyzwania, może nawet fascynacji.

Hedon westchnął cicho, nie odrywając wzroku od tej dwójki.


Hedon
To nie wygląda jak atak. To wygląda jak flirt, tylko w tej ich cieniowej, pokręconej odmianie. I co najlepsze,on wcale nie zachowuje się jak przygwożdżony. On jej odpowiada. Jakby mu się to podobało.— powiedział półgłosem, bardziej do siebie niż do siostry.
Voluptas zachichotała cicho, ale Hedon nie zareagował. Obserwował, jak Neffrea niemal kładzie się na Riskikoi, jak ich spojrzenia splatają się w sposób, który nie miał nic wspólnego z agresją.

Hedon
Jeśli jej nie powstrzymam, to urwie mu skrzydło, zanim magia zrobi swoje. A on… on chyba nawet nie ma nic przeciwko temu. — mruknął, sięgając po strzałę.
Napiął łuk powoli, dbając o to, by żaden dźwięk nie zdradził jego obecności. Pierwsza strzała poleciała w Riskikoi, trafiając go lekko, niemal niewyczuwalnie. Druga strzała poleciała w Neffreę, równie delikatna, ale precyzyjna jak zawsze. Oboje drgnęli, choć żadne z nich nie zrozumiało, co właśnie się wydarzyło. Hedon schował łuk i cofnął się głębiej w cień.

Voluptas
Teraz magia zrobi resztę — powiedziała cicho Voluptas, uśmiechając się szeroko, wyraźnie będąc zadowolona z podjętego działania brata jak i z efektu.
Hedon pokręcił głową, jakby już wiedział, że ta dwójka będzie dla niego kolejnym problemem.

Hedon
I tak nie podziękują. Ale przynajmniej nie pozabijają się od razu. — dodał, ruszając w głąb ruin.



Zgliszcza leśnego baru

: 16 lut 2026, 11:30
autor: Neffrea
Oblizała leniwie wargi, przechyliła lekko łeb, zmrużyła delikatnie ślepia. Cóż, nie zdziwiło jej wcale, że wilk rozpoznał w niej Cienistą niemal od razu; czego się mogła spodziewać? Wywróciła oczyma. Cóż, do niedawna posiadali garstkę jednostek zwanych dosłownie skrytobójcami, czego innego się po nich spodziewał? Nie wydawała się jakkolwiek wzruszona niezadowoleniem Riskikoia. W zasadzie gdyby zaczął się kulić czy szczać pod siebie byłaby wręcz bardzo niezadowolona; ostatnio przecież przerabiała spotkanie z takim niewinnym chłopaczkiem, chętnie teraz porozmawia z kimś mniej skorym do przepraszania za to, że oddycha.
Chociaż może i do takiego stanu kiedyś danym będzie jej go doprowadzić?
Prawdę mówiąc: nie. W zwyczaju mamy zagarnianie obcych do sali tortur, ale jak widzisz — lubię działać poza schematami — wymruczała, wygodniej się na nim moszcząc. W sumie jakby go oskórować — byłby z niego przyjemny dywanik. Jego sierść była wyjątkowo miękka, a do tego powierzchnia grzejąca była o wiele większa dzięki jego skrzydłom.
Drgnęła lekko, gdy strzała miłości sięgnęła jej ciała. Być może drgnięcie jej ciała odczuł na podbrzuszu, w formie na szczęście delikatnego muśnięcia, nie zaś bezczelnego ugniatania. Co to, do cholery, było? Odwróciła nawet łeb, jakby wyczuwając zagrożenie, ale kiedy upewniła się, iż w cieniu (hehe) nie skrywa się żaden dodatkowy drapieżca, rozluźniła mięśnie. A potem wróciła spojrzeniem na Rizza.
Czego tak leżysz na ziemi? Chcesz się przeziębić? — mruknęła, ostrożnie wstając z niego. Cholera, co tu robiło Żądełko? Ach, no, racja. — Do wesela się zagoi, ale lepiej to jakoś opatrzyć, zanim odpadnie — rzuciła żartobliwie. Cóż, Neffrea nie zwykła przepraszać. Zgarnęła nieco śniegu i przyłożyła niedaleko rany, by trochę go znieczulić, a potem rozejrzała się za czymś, by zatamować krwawienie. Znalazła jakiś zapomniany fragment czegoś, co mogło być zasłoną, nadpalonego z jednej strony. Usunęła sztylet, a skrzydło dość ciasno owinęła — w miejscu bliżej ciała basiora, niż znajdował się uraz.
Cholernie gęste masz pióra — mruknęła z niezadowoleniem, bo owinięcie lotnej kończyny okazało się nieco bardziej uciążliwe.

Zgliszcza leśnego baru

: 16 lut 2026, 12:20
autor: Riskikoi
W pierwszej chwili warknął cicho, gdy jej ciężar zniknął z jego torsu. Nie dlatego, że bolało. choć bolało, ale dlatego, że jej nagłe odsunięcie zostawiło po sobie dziwną, nieprzyjemną pustkę. Jakby ktoś zerwał z niego ciepły koc w środku zimy. HOW DARE YOU. Chciał coś powiedzieć, może nawet rzucić jakąś zgryźliwością, ale wtedy poczuł chłód śniegu przy ranie. Drgnął, zaskoczony, a jego skrzydło zareagowało instynktownie, lekkim, niekontrolowanym skurczem. Nie spodziewał się, że Cienista… będzie go opatrywać.
Co ty… — zaczął, ale urwał, gdy zaczęła owijać skrzydło materiałem. Jej łapy były pewne, szybkie, a jednocześnie zaskakująco delikatne. Zbyt delikatne, jak na kogoś, kto przed chwilą wbił mu sztylet w skrzydło. Magia w nim zadrżała, chcąc się rozgościć. Różowa łuna odbiła się w jego piórach, a on poczuł, jak coś ciepłego rozlewa się po jego klatce piersiowej. Nie ból. Coś innego. Coś, czego nie potrafił nazwać. Tak, oberwał strzałą, ale.. jedyne na czym miał pełną uwagę to Neffrea. Nie zwrócił uwagi na ukucie grotu, ale magiczny grot zwrócił uwagę na jego serce. To wystarczyło.
Nie musiałaś… Sama to zrobiłaś. — mruknął w końcu, zaskakująco cicho jak na kogoś, kto jeszcze chwilę temu był gotów ją odgryźć. Nie brzmiał na zły. Bardziej… zdezorientowany. Gdy wspomniała o jego piórach, uniósł lekko skrzydło, na tyle, na ile pozwalał opatrunek i spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek.
Gęste, bo miały swego czasu swoje zadanie. A ty… zaskakująco dobrze sobie z nimi poradziłaś. — odparł, a w jego głosie pojawiła się nuta dumy. Zawiesił na niej spojrzenie. Dłużej, niż powinien. Za długo, jak na kogoś, kto powinien jej nie ufać.
I… nie musiałaś schodzić — dodał po chwili, półgłosem, jakby sam nie był pewien, dlaczego to powiedział. "Szczurze, szczurze, chodź tutaj do mnie... przytul mnie… to mnie zawsze uspokaja." Różowa łuna zamigotała mocniej. A jego serce... też.

Zgliszcza leśnego baru

: 16 lut 2026, 16:49
autor: Neffrea
Owszem, lubiła zabawy łóżkowe. Widocznie dzisiaj postanowiła być pielęgniarką, która nagania sobie wpierw pacjentów, wbijając im sztylet w skrzydła. Całkiem piękne, swoją drogą, skrzydła.
Ach, takie tam, żebyś miał pamiątkę — skwitowała fakt, iż przecież sama go zraniła. Przecież doskonale o tym wiedziała. I może powiedzenie, że miała z tego powodu wyrzuty sumienia byłoby sporym nadużyciem — niemniej faktycznie czuła się z tym jakoś niekomfortowo. A może dyskomfort wywoływała nagła zmiana uczuć oraz motywów, która szarpnęła bezczelnie jej ciałem i duszą?
Swego czasu? Już nie używasz? — chwyciła się czasu przeszłego, którym posłużył się podczas opowiadania o skrzydłach. Delikatnie, samymi jeno opuszkami palców, przesunęła delikatnie wzdłuż skrzydła wilka, po górnej ich części, jak najdalej od piór. Zupełnie, jakby te miały ją parzyć w łapę. Spojrzeniem oprowadzała każdy swój ruch, każde muśnięcie skóry samca. Podziwiała.
Mówisz? — wymruczała, przedłużając to jedno, krótkie słowo niemal do granicy wytrzymałości. Wzrok Neff, błądzący dotąd po skrzydle wilka, niespiesznie prześlizgnął się po jego barku, boku szyi i policzku, aby finalnie odszukać błękit jego spojrzenia. Uwięziła go w odmętach własnych oczu na chwilę, palcami wędrując pewnie i śmiało po skórze wilka: wodziła nimi pomiędzy grafitowymi kosmykami jego sierści na szyi i karku, powoli, jakby wcale nie będąc pewną, czy powinna. Takie drobne kłamstewko, bo przecież wiedziała doskonale. Nie powinna. Ale, na wszystkie pomiotu Chaosa, chciała.
A potem przywarła do niego ciałem, bez pardonu zamykając jego usta w pocałunku. Namiętnym i żarliwym, jakby czekała na ten moment całą wieczność.


Riskikoi

Zgliszcza leśnego baru

: 16 lut 2026, 18:55
autor: Riskikoi
Rizzu drgnął, kiedy jej palce przesunęły się po skrzydle, ale nie z bólu, lecz z czegoś znacznie bardziej niepokojącego. Ciepło rozlało się po jego plecach i nie miało nic wspólnego z magią Natury… a może właśnie miało? Sam już nie wiedział. Wiatr szeptał mu coś na granicy słyszalności, jakby próbował przypomnieć dawno zapomnianą melodię, której wciąż nie potrafił uchwycić. Nie odsunął skrzydła. Wręcz przeciwnie... rozchylił je nieco, jakby ciało podjęło decyzję szybciej niż rozum. Jej palce sunęły po skórze, a on czuł każdy milimetr tego ruchu, jakby ktoś prowadził po nim linię ognia.
Swego czasu… magia bywa kapryśna. Czasem zabiera, zanim zdążysz zapytać dlaczego. — odezwał się w końcu ciszej, niż planował. Spojrzał jej w oczy. Tym razem nie uciekł wzrokiem.
Dlatego mówiłem w czasie przeszłym. Bo wiatr dopiero zaczyna do mnie wracać. — dodał chropowato. Milczał przez chwilę. Za nimi pulsowała różowa łuna, jak powolne bicie serca lasu. Zanim zdążył cokolwiek więcej powiedzieć, jej usta zamknęły jego w pocałunku. Głębokim, zuchwałym. Takim, który nie pyta o pozwolenie. Wilczar zamarł tylko na ułamek sekundy. Czy to było zaskoczenie jego persony, a może instynkt, bądź coś jeszcze innego. A potem odpowiedział, bo wiedział, że nie ma już nic, co mogłoby go powstrzymać. Odpowiedział równie mocno. Pewnie. Jakby całe jego ciało czekało na ten impuls od miesięcy. Łapy powędrowały do jej boków, palce wbiły się w gęste futro na tyle mocno, żeby poczuła, że nie ma już odwrotu. Przyciągnął ją bliżej, aż ich klatki piersiowe zetknęły się z głuchym plaśnięciem, aż futra niemal się zatarły w jednym, gorącym oddechu. Język wślizgnął się w jej pysk natychmiast, bez ceregieli, głęboko, jakby chciał ją posmakować od środka, zanim zdąży się rozmyślić. Nie śmiał puścić jej boków. Jedna łapa przesunęła się wyżej, wplotła się w sierść na karku, a palce zacisnęły się na skórze pod futrem tak, że poczuła ciężar jego kontroli. Druga pozostała na niżej, przyciskając ją do siebie jeszcze bliżej, aż nie było już między nimi centymetra powietrza, tylko gorąco, bicie serc i zapach... a jej zapach.. ahhh ten zapach, który już zaczynał mu odbierać rozum. Oderwał się na moment, tylko po to, żeby spojrzeć jej w oczy. Źrenice miała rozszerzone, wargi rozchylone, oddech szybki i płytki. Wyglądała jak coś, co zaraz go pożre i cholera, chciał, żeby to zrobiła.
Nie będę udawał, że to przypadek — warknął cicho prosto w jej pysk, głos chropowaty, Kątek oka spojrzał na zgliszcza baru, szukając miejsca, gdzie powinny skryć się przed wiatrem, który mógłby im niechybnie przeszkadzać.

Neffrea

Zgliszcza leśnego baru

: 17 lut 2026, 12:35
autor: Neffrea
Zmrużyła lekko oczy, analizując pierwszą część wypowiedzi wilka. Magia bywa kapryśna, czasami zabiera[...]. Och, więc utracił dar lotu? A ona, niech to Shadow ściśnie, na pewno wcale mu nie dopomogła w powrocie do formy. Czuła drżenie pod palcami, lecz nieszczególnie na nie reagowała. Świadomość, ze Riskikoiowi podobają się jej działania, dostarczała jej cholernej satysfakcji, z którą niewiele mogło się równać. A jeszcze nawet nie zaczęła się z nim bawić.
Pocałunek okazał się przykro krótki, choć prawdopodobnie wcale takim nie był. Neffrea jednak nie miała dość jego ust; chciała go smakować na zgliszczach, chciała go smakować całego, chciała go smakować już zawsze. Drgnęła delikatnie, acz zauważalnie, gdy ciepłe czoło samca musnęło jej ciała.
Jestem pewna, że niebawem znów polecisz. Czy wtedy byłbyś w stanie mnie podnieść, pokazać świat takim, jakim widzą go twoje oczy, gdy wznosisz się ponad zwyczajnością? — spytała niegłośno, szeptem wręcz, jakby obawiała się, iż utraci kontrolę nad głosem i ten bezczelnie zadrży. A na to nie chciała sobie pozwolić.

Zgliszcza leśnego baru

: 17 lut 2026, 13:24
autor: Riskikoi
Patrzył jej prosto w oczy, nie odrywając wzroku ani na sekundę. Czoło wciąż dotykało jej czoła, oddechy mieszały się w gorącym, wilgotnym powietrzu między nimi, choć wokół nich wciąż panowała zima. Słowa Neffrei, które może i były ciche, prawie drżące, choć starała się to ukryć to wślizgnęły mu się pod skórę i rozlały ciepłem po całym ciele. Uśmiechnął się bardzo powoli, drapieżnie, kąciki pyska uniosły się w górę, odsłaniając końcówki kłów.
Podnieść cię… — powtórzył jej słowa szeptem, a głos miał niski i chropowaty, jakby każde z nich musiało się przecisnąć przez gardło, co się udało. Uniósł kącik warg w bardzo wolnym, drapieżnym uśmiechu.
Myślisz, że potrzebuję do tego skrzydeł? — zapytał bezczelnie, a w jego tonie brzmiała pewność siebie pomieszana z czymś znacznie bardziej niebezpiecznym. W głowie natychmiast wyświetliły mu się obrazy i oczywiście nie te romantyczne, z wiatrem i chmurami, tylko te prawdziwe, cielesne, gdzie Neffrea pod nim, nad nim, przyciśnięta do śniegu, do drzewa, do czegokolwiek, co akurat byłoby pod łapą. Część niego, która od dawna spała głęboko pod warstwą bólu i zmęczenia, właśnie się obudziła. Strzała Kupidyna? Może i tak. Ale bardziej przypominało to budzenie wilka, który dawno nie polował. Jego prawa łapa wciąż spoczywała na karku Neffrei. Nie zaciskała się już tak mocno jak wcześniej, ale też nie puszczała, bo palce tkwiły głęboko w gęstej sierści, trzymając ją blisko, przypominając o nim samym.
Gdybym znów latał… — mruknął Riskikoi, muskając wargami krawędź jej ucha. Gorący oddech owiał delikatną skórę pod futrem. — …nie wystarczyłoby mi pokazać ci świata z góry. Chciałbym cię tam zatrzymać. W powietrzu. Bez dna pod łapami. Tylko wiatr, ty i ja. I chciałbym, żebyś wtedy krzyczała moje imię nie ze strachu przed upadkiem… tylko dlatego, że nie miałabyś innego wyjścia. — dokończył swą lubieżną myśl i musnął delikatnie kłem płatek jej ucha, ale co ważniejsze...nie gryzł, tylko drażnił, zostawiając wilgotny ślad języka. Riskikoi znów zerknął kątem oka na zgliszcza baru – na te resztki ścian, które jeszcze stały, na przewrócone belki i fragment dachu, który jakimś cudem nie runął do końca. Miejsce wyglądało jak ruina po walce, ale dawało osłonę przed wiatrem, który właśnie zaczynał wyć mocniej, niosąc drobny, kłujący śnieg. Nie zamierzał zaczynać czegokolwiek na otwartej przestrzeni, gdzie zimno mogłoby im oboje odebrać ochotę w pół kroku. Przesunął prawą łapę z jej karku na bark, a potem delikatnie, ale stanowczo popchnął Neffreę w stronę ruin, ale co ważniejsze nie szarpnął, nie pociągnął za ogon, tylko skierował ją tam, gdzie powietrze było spokojniejsze, a śnieg nie sypał prosto w pysk.
Chodź.. — mruknął cicho, głosem niskim i zdecydowanym. No co? Nie będzie ją brał na tym śniegu jak jakiś głodny szczeniak. W środku jest cieplej i nikt im nie będzie przeszkadzał.

Zgliszcza leśnego baru

: 18 lut 2026, 18:17
autor: Neffrea
Poddawała się jego pieszczotom, odpływając znacznie myślami. Już nawet samo marzenie, by polecieć, straciło na znaczeniu — choć prawdopodobnie wcale by nie odmówiła, gdyby Riskikoi zaproponował. Jej ciało drżało delikatnie, choć nie była pewna, czy to kwestia fizyczności, czy też może tego, co jej tam koło ucha mruczał.
Nie przejmowała się ostrzeżeniem, które — prawdopodobnie — niósł wilczarowi wiatr. To, co działo się między nimi, nie było normalne i naturalne; ba, nie powinno nigdy zaistnieć. Zmrużyła lekko oczy, czując nieprzyjemny chłód na karku, gdy jego łapa nieco się zsunęła. Wiedziała doskonale, do czego zmierzają, nie była wszak niewinną dziewką, a raczej bardzo winną dziwką. Niemniej nie zmieniało to faktu, iż pustka, która wdarła się pomiędzy kłaki na jej szyi, okazała się nieprzyjemną — nawet, jeśli miała potrwać jeno moment i zwiastować coś o wiele przyjemniejszego.
Ruszyła więc posłusznie, nie bez trudu odnajdując taki skrawek ruin, gdzie resztki muru osłaniały od wiatru z trzech stron. Niestety, prawdopodobnie nic lepszego nie znajdą. Jej łapy bez trudu odszukały jego złaknione ciało, palce zatonęły w ciepłej sierści na jego kryzie a usta bezbłędnie zatopiły się w pocałunku, zwieńczonym zaczepnym ukąszeniem w dolną wargę.

Zgliszcza leśnego baru

: 18 lut 2026, 22:24
autor: Riskikoi
Heh, basior nie czekał już na żadne słowa, bo jej pocałunek z ukąszeniem był wystarczającą odpowiedzią. Prawą łapą chwycił ją mocniej za kark, ale nie szarpną jak ten cham, ale zdecydowanie popchnął w tył, kierując prosto na najbliższą ścianę ruin. Resztki drewnianej belki i omszałego muru stały jeszcze na tyle pewnie, że mogły utrzymać ich oboje. Miał nadzieję, że nie runie w tej chwili. Jeśli runie, trudno. Najwyżej byłaby ciekawa historia do opowiadania (po tym wszystkim aż kusi rzucić kostką, czy runie czy nie). Przycisnął ją do ściany, własnym ciężarem ciała. Samica oparła się wtedy łopatkami o chłodne, szorstkie drewno, a on natychmiast przesunął się tak, by ich klatki piersiowe zetknęły się i nie idealnie równo, bo wilki nie stoją jak ludzie, ale wystarczająco blisko, by czuć bicie jej serca przez futro i żebra (z tymi różnicami to czasem ciężko zachować literacki umiar). Przednimi łapami oparł się po obu stronach jej barków, blokując ją między sobą a ścianą. Jego klatka uniosła się lekko, unosząc jednocześnie jej przód i podniósł ją ciut wyżej, tak że jej zad oparł się mocniej o ziemię, a przednie łapy prawie oderwały się od podłoża. Była teraz trochę „usadzona”, trochę „podparta”, no i w tej pozycji ich pyski znalazły się na idealnej wysokości do dalszego pocałunku. Zamknął jej usta swoimi natychmiast. Głęboko. Powoli. Bez pośpiechu. Język wślizgnął się w jej pysk, ocierał o jej kły, smakował każdy kąt, każdy oddech. Lizał miejsce, gdzie przed chwilą go ugryzła, jakby chciał je zaznaczyć na nowo jako swoje. W tym samym momencie jego ogon uniósł się i zaczął powoli sunąć wzdłuż jej brzucha. Najpierw musnął sierść na dole klatki piersiowej, potem zjechał niżej, po podbrzuszu, drażniąc delikatnie, ale zdecydowanie. Końcówka ogona zataczała leniwe kręgi tuż nad linią, gdzie futro stawało się cieńsze i cieplejsze, muskając miejsca, które sprawiały, że jej mięśnie drgały mimowolnie.
Nie mówił nic. Tylko warczał cicho, nisko, w głąb jej pyska, a wibracje przechodziły z jego gardła prosto do jej.

Zgliszcza leśnego baru

: 19 lut 2026, 10:15
autor: Neffrea
Targane podnieceniem ciało drżało raz po raz, mięsień po mięśniu, skrawek po skrawku. Serce rwało się z piersi, a oddech szalał pomiędzy nimi, rozgrzewając już i tak rozpalone ciała. Syknęła krótko, gdy rozgrzane do czerwoności ciało zetknęło się z zimnym murem, choć — o dziwo — nie było to dla niej aż tak przeszkadzające, jak mogłaby się spodziewać. Zamruczała przeciągle, czując delikatną pieszczotę na brzuchu. Przednie łapy przerzuciła wilkowi przez barki, aby zawalczyć o poczucie równowagi (o które było jej dzisiaj zadziwiająco niełatwo).
Zerżnij mnie jak nikogo wcześniej — wycedziła w przerwie między pocałunkami. Nie była to prośba. Nie było to nawet polecenie. Był to twardy, stanowczy rozkaz, podyktowany pulsującym ciepłem wydzierającym się spomiędzy tylnych łap. Instynktownie rozchyliła uda, na tyle na ile zezwoliła jej bądź co bądź wilcza anatomia, mocniej opierając się grzbietem na ścianie.


Riskikoi

Zgliszcza leśnego baru

: 19 lut 2026, 11:31
autor: Riskikoi
+18

Zgliszcza leśnego baru

: 19 lut 2026, 22:27
autor: Neffrea
cenzura

Zgliszcza leśnego baru

: 20 lut 2026, 9:44
autor: Riskikoi
+18