Rozkaz Neffrei był twardy i bez osłonek, wycedzone prosto w jego pysk, a uderzyły go jak rozżarzony pręt. To nie była prośba. To był zdecydowanie rozkaz, a on w tej chwili nie miał zamiaru się sprzeciwiać. Warknął nisko, gardłowo, wibracja przeszła z jego klatki piersiowej prosto do jej ciała. Jednym płynnym ruchem obrócił ją przodem do ściany, ale... nie szarpnął brutalnie, ale zdecydowanie, wykorzystując ciężar własnego ciała i jej lekkie uniesienie. Prawą łapą wciąż trzymał jej kark, palce głęboko w sierści, kierując ruchem głowy i barków. Lewą łapą złapał ją za biodro z boku, pomagając jej się obrócić i jednocześnie przytrzymując, żeby nie straciła równowagi. Neffrea wtedy stanęła przodem do omszałego muru. Jej przednie łapy oparły się o drewno, pazury wbiły się w szorstką powierzchnię, szukając oparcia. Rizz naparł na nią od tyłu całym bokiem i piersią, tak, że jego klatka piersiowa przylgnęła do jej grzbietu, ciężar ciała docisnął ją mocniej do ściany. Czuł, jak jej sierść na karku stroszy się pod jego oddechem, jak drży cały jej tułów od podniecenia i zimna muru jednocześnie. Opuścił pysk na jej kark, tam, gdzie sierść była najgrubsza, ale skóra najcieplejsza. Najpierw polizał powoli, wilgotnie, wzdłuż linii kręgosłupa, od potylicy aż po łopatki. Potem zacisnął zęb, ale nie przegryzł, ale mocno, dominująco, tak jak wilk trzyma wilczycę w rui (hłe hłe), żeby nie uciekła w ostatniej chwili. Trzymał ją tak przez chwilę, pozwalając, by jej ciało poczuło pełnię jego obecności. Jego ogon uniósł się i owinął wokół jej prawego biodra, końcówka musnęła wewnętrzną stronę uda, drażniąc miejsca, które już były mokre i gorące. Biodra basiora naparły na jej zad, więc twardy, nabrzmiały knot ocierał się o jej podbrzusze i wejście, nie wchodząc jeszcze, ale dając jej wyraźnie odczuć rozmiar i gotowość. Nie mówił nic, był w pełni skupiony na niej. Tylko oddychał ciężko, chrapliwie, prosto w jej kark. Lewą łapą zsunął się niżej, aż objął jej brzuch od spodu, palce rozcapierzyły się na miękkim futrze podbrzusza, masując powoli, rytmicznie, jakby chciał wyczuć każdy skurcz jej mięśni. Prawa łapa wciąż trzymała kark i nie puszczała, nie pozwalała się odsunąć nawet o centymetr. W końcu, bardzo powoli, przesunął biodra do przodu. Knot musnął jej wejście, a był gorący, śliski od własnego podniecenia i wszedł odrobinę, tylko czubkiem. Zatrzymał się tam, dając jej poczuć rozciąganie, pulsowanie, obietnicę. Wtedy dopiero, z niskim, przeciągłym warkotem w gardle, pchnął mocniej, głęboko, jednym płynnym ruchem, aż wszedł cały. Miał ją zerżnąć tak? Zatem jedziemy bez ceregieli. Knot zaczął puchnąć niemal natychmiast, wypełniając ją całkowicie, blokując ich razem w klasycznym wilczym uścisku. Zaczął się ruszać... ostro, rytmicznie, ale nie chaotycznie. Każdy pchnięcie dociskało ją mocniej do ściany, a jej pazury orały drewno. Jego zęby wciąż trzymały kark i nie puszczał, nie odpuszczał. Ogon owinął się ciaśniej wokół jej biodra, jakby chciał ją przytrzymać jeszcze mocniej. Ściana skrzypnęła pod ich ciężarem, ale wytrzymała, a on nie śpieszył się. Czekał tylko na jej reakcję... na to, czy warknie głośniej, czy wbije pazury w ścianę mocniej, czy sama zacznie poruszać biodrami do tyłu, domagając się więcej. Bo on już wiedział, że zrobi to tak, jak nikogo wcześniej. Dokładnie tak, jak mu kazała
.