—
Przecież cały czas szukam — odparł znudzonym mruknięciem. Był już zmęczony, nie tylko psychicznie i mentalnie — lecz i, jak najbardziej, również fizycznie. W końcu ostatnie minuty (a były to naprawdę długie minuty) poświęcił na wspinaczce pod górę, a potem łażeniu w tę i z powrotem z nadzieją, że w końcu natrafi na skarb, który pozwoli odesłać Duszka do domu.
Odwrócił się i ruszył ku wyjściu, łapami dotykając ściany. Coś mu się tu nie zgadzało; czuł, że jest całkiem blisko odszukania piątego, ostatniego, surowca.
W pewnym momencie poczuł pod palcami coś dziwnego — jakby szczelinę, nierówność, skazę na raczej gładkiej w tym miejscu ścianie. Skała miała też odrobinę inny odcień, jakby nieco jaśniejszy i mniej nasycony. A może to złudzenie? W końcu panował tutaj chłodny półmrok, a on już niemal padał na pysk z wycieńczenia. Nacisnął mocniej... I skała się nieco przesunęła, co mocno go zaskoczyła. Bo też kto robiłby sobie tyle zachodu, żeby w jakiejś zapomnianej przez świat grocie robić jakieś ukryte przejścia?

| Duszek zakręcił się niespiesznie koło Yvarraha, być może hamując odrobinę swój entuzjazm. Prawdopodobnie dawno już przestał wierzyć w to, że Yvarrah jest w stanie znaleźć cokolwiek cennego.
— Co to? Ej, czy ta skała się właśnie poruszyła? — zapytał, próbując zajrzeć basiorowi przez ramię. |
Alchemik pchnął mocniej skałę, która faktycznie okazała się wrotami do sali... pełnej kryształów! Aż się wilkołakowi oczy zaiskrzyły (o oczach Zdobywcy nawet nie ma co wspominać). Problemem było tylko dziwne stworzenie, które zdawało się pilnować spokoju pomieszczenia: większe od wilka przynajmniej o łeb, masywne jak pierwszorzędny koks, o facjacie nie wzbudzającej sympatii i rzadkiej, brudnej sierści — prawdopodobnie brązowej, chociaż liczne zanieczyszczenia mogły nieco zmieniać ogólną prezencję. Mordę istoty wypełniały ostre zębiska, a dwoje żółtych oczy błyszczało w półmroku niczym dwie żarówki. Ogromny łeb obrócił się niespiesznie w stronę wilka. Duszka prawdopodobnie nie widziała — a przynajmniej nie dała tego nijak po sobie poznać.

| — O ja pierdolę... — Trudno było ocenić, czy była to reakcja na widok bestii, czy sali wypełnionej świecidełkami. |
—
Jeden kamień. Inaczej jaskinia się zapadnie, bo nie lubimy tutaj zachłannych — przestrzegła bestia, wbijając wejrzenie prosto w złociste oczy Yvarraha. Jej ciężki bas, o niecodziennym pogłosie (jakby przemawiały co najmniej trzy bestie jednocześnie) zatrząsł umysłem wilka.
—
Macie na stanie różowy topaz? — spytał, uśmiechając się uprzejmie.
A po chwili klejnot, piękny i czysty, w kształcie idealnym i o kolorze najróżowszym z różowych, uniósł się delikatnie ponad podłoże, by następnie — lewitując kilkanaście centymetrów ponad podłożem — powędrować w stronę alchemika. Zacisnął na nim łapę, niemal przekonany, że wszystko mu się śni. Duchy? Ukryte przejścia w grotach? Bestie? Lewitujące kamienie? Przecież to wszystko było tak bardzo nierzeczywiste...
—
Dziękuję, do widzenia, przepraszam, że niepokoję — wyrzucił niemal na jednym wydechu, bo w spojrzeniu strażnika tego miejsca było coś, co nawet wilkołakowi stroszyło kłaki na karku. Uśmiechnął się delikatnie i opuścił to miejsce, zasuwając za sobą kamień. Oczywiście najpierw się upewnił, iż Zdobywca opuścił grotę razem z nim.

| — I TO JEST PRAWDZIWY KLEJNOT! Szkoda, że mogłeś wziąć tylko jeden... Ej, a może podkraść mu jeszcze cztery? |
—
W przeciwieństwie do ciebie, ja wciąż jestem żywy. I wolałbym zachować ten stan — mruknął Yvo, ruszając pospiesznie w kierunku wyjścia z tej dziwnej jaskini.
/ zebrano: topaz x1