Strona 6 z 6

Kwiecisty Bezkres

: 15 lut 2026, 13:53
autor: Iskariot
Ulotnił się.

/zt

Kwiecisty Bezkres

: 15 lut 2026, 15:36
autor: Sovillo
Wszechobecny mróz, wiążący się nieodzownie z zimnym, białym, wszędobylskim gównem zalegającym w Krainie, zaczynał go już powoli męczyć. I co prawda, mógłby spokojnie przezimować na terenach na których położony był jego dom, a na które sroga zima raczej się nie zapuszczała, ale w miarę jak dorastał, wydawały się one kurczyć co raz bardziej. Znał już niemal każdy możliwy zakamarek i wydawało mu się też, że poznawał każdą napotkaną tam twarz, a życie powinno być przecież niekończącą się przygodą, czyż nie? Poniekąd właśnie z tego powodu pojawił się na bezkresie. Kwiaty same w sobie nie rajcowały go jakoś szczególnie, ale to urokliwe miejsce, położone było w taki sposób, że przez okrągły rok gościły tu ciepłe, słoneczne promienie. Co dla Zenita, brzmiało jak świetna miejscówka aby choć na chwilę odpocząć od kąsającego mrozu. Przechadzał się miedzy klombami bez widocznego celu, sycąc zmysły słodkim zapachem kwiatów i traw, aż w którejś chwili nad jego łbem przeleciało coś. Coś, co wyglądało jak wilk, ale zostawiało za sobą różową smugę. W pierwszej chwili gotów był pomyśleć, że to jeden z tych latających naturzystów, jednak coś w tym obrazie niezupełnie mu się zgadzało, tylko nie potrafił jednoznacznie wskazać co.

Angoulême

Kwiecisty Bezkres

: 15 lut 2026, 17:04
autor: Oisin
Oisin nieczęsto opuszczał klanowe tereny. W końcu odkąd pamiętał ojciec zawsze twierdził, że ziemie znajdujące się po drugiej stronie granicy są niebezpieczne. Jednakże tak naprawdę nigdy nie poznał żadnych szczegółów, tak więc nie miał pojęcia, co tak naprawdę może mu tu grozić i dlaczego. W mniemaniu szarofutrego jego ojciec miał niezwykle frustrujący zwyczaj unikania odpowiedzi na pytania zadawane przez jego dzieci, co w miarę, jak samiec dorastał, zdawało się mu coraz bardziej przeszkadzać.
Być może właśnie dlatego, w ramach swoistej wersji nastoletniego buntu, Oisin coraz częściej wymykał się z domu, by powłóczyć się bez większego celu po terenach niczyich.
Dziś też tak było. Szary szedł sobie wesoło przed siebie, śnieg skrzypiał mu pod łapami, a wszystko dookoła zadawała się spowijać jakaś różowawa poświata. Zorientowanie się, że to ostatnie znacznie odbiega od normy zajęło mu nieco zbyt długą chwilę. Przystanął wówczas gwałtownie, a zadowolony wyraz pyska zniknął, zastąpiony przez zaskoczenie. Zadarł łeb, by przyjrzeć się niebu, które niespodziewanie zmieniło kolor. Tak intensywnej barwy jeszcze nigdy na nim nie widział.
Tak się zagapił, że dopiero po chwili, gdy podmuch wiatru przyniósł ze sobą czyjś zapach, samiec zorientował się, iż nie jest sam. Zniżył więc wzrok, rozglądając się dookoła i szukając źródła tej woni. Która zresztą znacznie odbiegała od tego, do czego przywykł, wzbogacona była bowiem o ulotną nutkę obcej magii, którą przyszło mu poczuć po raz pierwszy w życiu.
Wreszcie zauważył w pobliżu sylwetkę wilczycy, najwyraźniej zajmującej się tym samym, co on przed chwilą.
Szczęka mu opadła, gdy zdał sobie sprawę z tego, że włosie pokrywające jej ciało także było różowe.
Widzę na różowo, czy jak...? — mruknął pod nosem, po czym podniósł łapę i przyjrzał jej się z każdej strony, chcąc się upewnić, czy przypadkiem także nie zmieniła barwy. Jednakże pozostała tak samo szara, jak zawsze. Opuścił ją, wykrzywiając pysk w zgłupiałym grymasie, po czym na nowo przeniósł wzrok na samicę.
Po czym, zupełnie zapominając o tym, co ojciec mówił o nie ufaniu obcym, ruszył w miejsca w jej kierunku.
Wybacz, ale... Powiedz mi, czy ty też to widzisz? — wypalił, kiedy znalazł się bliżej nieznajomej, wskazując gestem na różowe niebo.

Kwiecisty Bezkres

: 16 lut 2026, 1:06
autor: Angoulême
Nie wiedziała po jakiego czorta opuściła zamczysko i dobrowolnie wystawiła tyłek na działanie śniegów i mrozów, które w tym roku były wyjątkowo upierdliwe. Przedzierała się przez nie, na szczęście nie nazbyt długo, bo do obszernego łęgu na zachód od Doliny Noctharis. Rozejrzała się zdezorientowana po polanie, drapiąc się pazurem po potylicy. W jednej chwili chłód odpuścił, a grube warstwy śniegu zastąpiły zielone połacie traw i polnych kwiatów. Mieli dopiero drugą połowę zimy, niemożliwym więc było, żeby wiosna tak wcześnie zawitała w ich skromne progi, całą sprawkę przypisała więc — zwyczajowo — magii, która i tak była wszechobecna w krainie i nic nie powinno ją już właściwie dziwić, nie po tym, jak jeszcze niedawno walczyła z zaklętym drzewem. Wzruszyła ramionami i zamiast roztrząsać anomalię i próbować zrozumieć owy pogodowy ewenement, zaczęła po prostu cieszyć się przyjemniejszą temperaturą, a także kolorowym krajobrazem. Idąc przez wysokie trawy czasem spod jej łap wyfrunęły chrząszcze, koło czarnego łba przelatywały pszczoły, a przed oczyma ganiały się kapustniki, cytrynki i pazie królowej. Była to miła odmiana po nieustającej jałowości czasu białej aury. Wspięła się na najwyższy z pagórków i ujrzała sześć różnych klombów, a jeśli te były jakkolwiek oznaczone, choćby małą tabliczką z napisem, podeszła do tego, który symbolizował jej klan. Każdy kwiat z tego klombu miał inny kształt, natomiast każdy był symetryczny, zupełnie jakby ktoś narysował połowę kwiatu na złożonej kartce, wyciął go, a potem rozłożył. Przechyliła łeb, nie wiedząc do końca, co artysta-ogrodnik miał na myśli sadząc tutaj wszystkie te rośliny. Potem wydarzyło się coś, co wyrwało ją z kontemplacji nad klombem — różowa smuga na niebie, a na samym jej początku coś, co przypominało wilka ze skrzydłami, białego o czerwonych plamach. Zmarszczyła brwi. Ten sam jegomość pojawił się dokładnie rok temu w ogrodach zamkowych, gdzie poznała Sabę, ale niefortunnie ten fakt wyleciał jej z głowy. Chociaż może to i lepiej? Nieopodal niej stał jakiś samiec, na oko w jej wieku, może odrobinę młodszy. Podeszła do niego i skinęła lekko głową adeptowi, po czym wyprostowała się.
Cześć, wiesz może, co to było? — zapytała, wskazując pazurem na resztki magicznego różowego pyłu, który nadal znajdował się w powietrzu.

Kwiecisty Bezkres

: 16 lut 2026, 11:04
autor: Karmelitta
Oisin pisze: 15 lut 2026, 17:04 Oisin nieczęsto opuszczał klanowe tereny. W końcu odkąd pamiętał ojciec zawsze twierdził, że ziemie znajdujące się po drugiej stronie granicy są niebezpieczne. Jednakże tak naprawdę nigdy nie poznał żadnych szczegółów, tak więc nie miał pojęcia, co tak naprawdę może mu tu grozić i dlaczego. W mniemaniu szarofutrego jego ojciec miał niezwykle frustrujący zwyczaj unikania odpowiedzi na pytania zadawane przez jego dzieci, co w miarę, jak samiec dorastał, zdawało się mu coraz bardziej przeszkadzać.
Być może właśnie dlatego, w ramach swoistej wersji nastoletniego buntu, Oisin coraz częściej wymykał się z domu, by powłóczyć się bez większego celu po terenach niczyich.
Dziś też tak było. Szary szedł sobie wesoło przed siebie, śnieg skrzypiał mu pod łapami, a wszystko dookoła zadawała się spowijać jakaś różowawa poświata. Zorientowanie się, że to ostatnie znacznie odbiega od normy zajęło mu nieco zbyt długą chwilę. Przystanął wówczas gwałtownie, a zadowolony wyraz pyska zniknął, zastąpiony przez zaskoczenie. Zadarł łeb, by przyjrzeć się niebu, które niespodziewanie zmieniło kolor. Tak intensywnej barwy jeszcze nigdy na nim nie widział.
Tak się zagapił, że dopiero po chwili, gdy podmuch wiatru przyniósł ze sobą czyjś zapach, samiec zorientował się, iż nie jest sam. Zniżył więc wzrok, rozglądając się dookoła i szukając źródła tej woni. Która zresztą znacznie odbiegała od tego, do czego przywykł, wzbogacona była bowiem o ulotną nutkę obcej magii, którą przyszło mu poczuć po raz pierwszy w życiu.
Wreszcie zauważył w pobliżu sylwetkę wilczycy, najwyraźniej zajmującej się tym samym, co on przed chwilą.
Szczęka mu opadła, gdy zdał sobie sprawę z tego, że włosie pokrywające jej ciało także było różowe.
Widzę na różowo, czy jak...? — mruknął pod nosem, po czym podniósł łapę i przyjrzał jej się z każdej strony, chcąc się upewnić, czy przypadkiem także nie zmieniła barwy. Jednakże pozostała tak samo szara, jak zawsze. Opuścił ją, wykrzywiając pysk w zgłupiałym grymasie, po czym na nowo przeniósł wzrok na samicę.
Po czym, zupełnie zapominając o tym, co ojciec mówił o nie ufaniu obcym, ruszył w miejsca w jej kierunku.
Wybacz, ale... Powiedz mi, czy ty też to widzisz? — wypalił, kiedy znalazł się bliżej nieznajomej, wskazując gestem na różowe niebo.
Jeśli była w stanie dojrzeć przybycie Ognistego i Potępionej — zignorowała je zupełnie. W końcu bezkres, jak sugerowała nazwa, był na tyle rozległy, aby nie wpadać na siebie przez przypadek. (Ale jakbyście zagadywali to proszę o ping, bo bezczelnie Was nie czytam x'D)

Och, prawdopodobnie i ona — podobnie, jak jej przyszły partner walentynkowy — zdawała sobie doskonale sprawę z tego, iż niebo kolorystycznie zdawało się dostosować do niej. Przez moment nawet rozważała, co to znaczy dla niej; czy Ithil właśnie zabarwił niebo na znak, że powinna zostać nową królową klanu? Zaśmiała się pod nosem. Wykluczone, niedorzeczne i absurdalne, ale fajnie było się rozmarzyć. Wyobrazić sobie, że znaczy cokolwiek pośród ogromu otaczającego świata.
Tak się skupiła na tym rozmarzeniu, iż nie od razu dotarło do niej, że ktoś zadał jej pytanie. Być może uznała je za element swojej śmiałej wizji, a może zwyczajnie je wyparła ze świadomości, tańcząc w znacznie głębszych warstwach swojego jestestwa. Poruszyła lekko uchem, kątem oka dostrzegając... kogoś. Odwróciła głowę w jego stronę i posłała Oisinowi ciepły uśmiech.
Przepraszam, mówiłeś coś? Zapatrzyłam się na to różowe niebo i trochę uciekłam myślami — przyznała bez ogródek, by następnie zaśmiać się krótko.

/ chcesz czynić honory? ^^

Kwiecisty Bezkres

: 16 lut 2026, 11:48
autor: Sovillo
/ Karmelitta luzik
Angoulême pisze:
Nie wiedziała po jakiego czorta opuściła zamczysko i dobrowolnie wystawiła tyłek na działanie śniegów i mrozów, które w tym roku były wyjątkowo upierdliwe. Przedzierała się przez nie, na szczęście nie nazbyt długo, bo do obszernego łęgu na zachód od Doliny Noctharis. Rozejrzała się zdezorientowana po polanie, drapiąc się pazurem po potylicy. W jednej chwili chłód odpuścił, a grube warstwy śniegu zastąpiły zielone połacie traw i polnych kwiatów. Mieli dopiero drugą połowę zimy, niemożliwym więc było, żeby wiosna tak wcześnie zawitała w ich skromne progi, całą sprawkę przypisała więc — zwyczajowo — magii, która i tak była wszechobecna w krainie i nic nie powinno ją już właściwie dziwić, nie po tym, jak jeszcze niedawno walczyła z zaklętym drzewem. Wzruszyła ramionami i zamiast roztrząsać anomalię i próbować zrozumieć owy pogodowy ewenement, zaczęła po prostu cieszyć się przyjemniejszą temperaturą, a także kolorowym krajobrazem. Idąc przez wysokie trawy czasem spod jej łap wyfrunęły chrząszcze, koło czarnego łba przelatywały pszczoły, a przed oczyma ganiały się kapustniki, cytrynki i pazie królowej. Była to miła odmiana po nieustającej jałowości czasu białej aury. Wspięła się na najwyższy z pagórków i ujrzała sześć różnych klombów, a jeśli te były jakkolwiek oznaczone, choćby małą tabliczką z napisem, podeszła do tego, który symbolizował jej klan. Każdy kwiat z tego klombu miał inny kształt, natomiast każdy był symetryczny, zupełnie jakby ktoś narysował połowę kwiatu na złożonej kartce, wyciął go, a potem rozłożył. Przechyliła łeb, nie wiedząc do końca, co artysta-ogrodnik miał na myśli sadząc tutaj wszystkie te rośliny. Potem wydarzyło się coś, co wyrwało ją z kontemplacji nad klombem — różowa smuga na niebie, a na samym jej początku coś, co przypominało wilka ze skrzydłami, białego o czerwonych plamach. Zmarszczyła brwi. Ten sam jegomość pojawił się dokładnie rok temu w ogrodach zamkowych, gdzie poznała Sabę, ale niefortunnie ten fakt wyleciał jej z głowy. Chociaż może to i lepiej? Nieopodal niej stał jakiś samiec, na oko w jej wieku, może odrobinę młodszy. Podeszła do niego i skinęła lekko głową adeptowi, po czym wyprostowała się.
Cześć, wiesz może, co to było? — zapytała, wskazując pazurem na resztki magicznego różowego pyłu, który nadal znajdował się w powietrzu.
Zenit szedł trawiastymi, wydeptanymi przez rzesze łap, alejkami obserwując mnogość i różnorodność kwiatowych rabat. Zauważył, że niektóre klomby były do siebie podobne i tworzyły jakby osobne enklawy, mimo że pojedyncze kwiaty różniły się kształtami czy odcieniami. Nie wiedział czemu miało to służyć i takie, ewidentnie pogrupowane według jakiejś myśli, nasadzenie wydawało mu się odrobinę dziwne. Jakoś nie przyszło mu do głowy, że klomby te symbolizują klany — nawet gdy minął pojedynczy, dorodny kwiat będący hołdem dla, dawno nieistniejącego już, klanu Słońca. Różowa smuga na niebie zdążyła się już odrobinę rozmyć, w oddali zobaczył dwójkę jakichś innych wilków, ale niewiele sobie o nich pomyślał — ot, znużeni zimą, pewnie pojawili się tu chcąc zaczerpnąć odrobiny wiosny, tak jak on. I gdy szedł tak, zanurzony we własnych myślach, nieomal wpadł na nieznajomą wilczycę, zatrzymał swoje łapy dosłownie w ostatniej chwili, zastrzygł uszami na dźwięk jej głosu, a gdy uniósł kufę do poziomu jej oczu, ich nosy prawie się stykały. Wypuścił gwałtownie powietrze przez nozdrza, zaskoczony tym bliskim spotkaniem, a jego ciepły oddech rozbił się o truflę jej nosa. O kurcze, co teraz? Intensywnie bursztynowe oczy, złapały fiolet jej spojrzenia i przez jedną chwilę mogła dostrzec, jak bardzo wzięła go z zaskoczenia. Chyba coś do niego mówiła.
— Co? — Chrząknął, odchylając się pół kroku w tył, próbując w dość niezręczny sposób zachować przyzwoity dystans. — A to, to pewnie wilczary. No wiesz, latające wilki. Naturzyści, oni są dziwni w ogóle raztakajednaprzyszładolasupopiołówimówiłażetrzebauratowaćdrzewaboonepłonąadrzewaniepowinnypłonąć... — Wyprostował się chcąc oszukać mowę własnego ciała, jakby usiłował udawać, że ta sytuacja wcale go nie zmieszała. Zaczął też bardzo szybko mówić, bo przecież był pewny siebie, a pewne siebie wilki nigdy się nie zacinały, prawda? Odchrząknął drugi raz, najwyraźniej chcąc uraczyć ja kolejną historią ze swojego życia, gdy coś przecięło powietrze po raz kolejny. Zenit postawił uszy na sztorc, odrywając wzrok od nieznajomej i kierując go ku niebu, na którym kołowała biała-nakrapiana postać, trzymająca w łapach łuk oraz strzały.
— Co u licha? — Wycedził ciszej przez zęby, lekko obracając łeb. Wilczar ze strzałami?

Voluptas zatrzymała się nad urokliwą, rozległą polaną dostrzegając cztery nowe cele. Kwiecista enklawa zamknięta w samym środku szalejącej zimy, jak romantycznie! Uśmiechnęła się bokiem pyska, wyciągając dwie strzały ze swego kołczanu i powoli naciągając cięciwę wysłużonego łuku. Nie śpieszyła się, wiedziała, że daleko i tak nie uciekną. Zresztą, co roku było to samo — jak co roku wilki pomylą ich z wilczarami i dadzą się podejść niczym szczenięta, a potem jak co roku, większość o niczym nie będzie pamiętać. Powietrze przeciął gwałtowny świst, spowodowany przez strzałę mknącą ku Angoulême.

Nie zdążył się porządnie zastanowić nad tym dlaczego wilczary zaczęły do nich strzelać (może weszli do jakiegoś sanktuarium naturzystów?!), gdy zobaczył strzałę pędzącą prosto w Goul, zadziałał zupełnie instynktownie i przeskoczył w bok, zasłaniając ją swoim ciałem. Próbował złapać grot (ale by zapunktował gdyby się udało!), jednak jego szanse w starciu z bronią miotającą były relatywnie niewielkie, więc ten wbił mu się w łapę, na co Zenit syknął z bólu, osuwając się nieco w tył pod wpływem impetu uderzenia i tym samym odsłaniając waderę.

— Trafiony. Zatopiony. — Zaśmiała się Voluptas, nakładając na cięciwę kolejną strzałę i ponownie mierząc do czarnej wadery. Kolejny świst przeciął powietrze pędząc w kierunku celu z niebotyczną prędkością, ale córka kupidyna nie śledziła już jego toru, jakby była pewna trafienia. Zamiast tego puściła do wilków oczko i zaszczebiotała.
— Bawcie się dobrze! — A potem skręciła skrzydła nurkując w powietrzu i sunąc w kierunku kolejnych ofiar. Na błękitnym niebie pozostała tylko różowa smuga.

Kwiecisty Bezkres

: 16 lut 2026, 13:47
autor: Angoulême
Sama również nie zwracała uwagi na dwójkę innych wilków, którzy kręcili się po polanie, byli na tyle daleko, by nie musiała wchodzić z nimi w jakąkolwiek interakcję. Ale, z tego co zauważyła, oni również byli świadkami przelotu tego niecodziennego zjawiska. Skupiła się na rówieśniku, który zaczął odpowiadać na jej pytanie i na którego nieomal wcześniej nie wpadła. Pewnie ku niezadowoleniu Kupidyna, który myślał, że romantycznie stoczą się z trawiastego zbocza do melodii Can you feel the love tonight. Wilczary? Zakładając, że tegoroczne walentynki odbywały się po jej szkoleniu z resztą rodzeństwa i rudymi siostrzyczkami, na którym podzielili się informacjami o pozostałych klanach, Angoulême kojarzyła, czym są, nie kojarzyła jednak, by padła jakakolwiek wzmianka o tym, by ci skrzydlaci zostawiali za sobą kolorowe smużki. Nie chciała nawet zgadywać, skąd dokładnie te smużki wylatują. Ale na tym złotooki nie skończył, zaczął opowiadać dalej. O ile to można było nazwać opowiadaniem, a nie bełkotem na jednym tchu w stylu Scatmana. Próbowała wyłapać cokolwiek z tego ciągu, aczkolwiek miała z tym zadaniem niemały kłopot. Wyłapała coś o lesie popiołów i o płonących drzewach. I to by było na tyle.
Popracuj nad dykcją. — mruknęła w odpowiedzi i zamknęła oczy, by przewrócić nimi pod powiekami. W krainie przydałby się jakiś lokalny logopeda. Chwila nieuwagi wystarczyła, by stracić ostrożność i nie zauważyć, jak właśnie celują do niej z łuku. Usłyszała tylko świst strzały. Nim zdążyła się uchylić, albo paść na ziemię, złotooki w bohaterskim geście zasłonił ją własnym ciałem i dał się postrzelić w łapę. Chciała doskoczyć do niego i zapytać, czy wszystko w porządku, kiedy nagle sama oberwała strzałą w mostek. Ukłuło, zabolało, zapiekło, a potem — strzała zniknęła, a wraz z nią cały dyskomfort. Odgarnęła futro na piersi, spodziewając się jakiejkolwiek rany postrzałowej, ale niczego nie zauważyła, skóra była nieprzerwana.
Niech no ja tylko dorwę tego łucznika od siedmiu boleści. — syknęła sfrustrowana, wygrażając niebu, ale i tak Voluptas nie mogła jej usłyszeć, bo znajdowała się już daleko stąd.

Kwiecisty Bezkres

: 16 lut 2026, 14:42
autor: Sovillo
Byłby się żachnął, lekko obrażony na uszczypliwą uwagę Angoulême, która w iście dworskim stylu postanowiła przypiec jego ego na rożnie, ale cała sytuacja z kupidynami i strzałami wydarzyła się tak szybko i nagle, że zupełnie zapomniał o wszystkim, co stało się przed. Strzała wbita w jego łapę nagle zniknęła, zostawiając po sobie — a jakże — smugę różowego pyłu, która powoli zaczęła opadać ku ziemi.
— A-ła. — Syknął rozmasowując łapę, a jasne ślepia powędrowały za smugą na niebie, jakby chciały wytropić winowajcę całego zajścia. Voluptas zniknęła jednak na horyzoncie, toteż spojrzenie samca padło z powrotem na jego przypadkową towarzyszkę. — To chyba nie były jednak wilczary, wiesz? — Mruknął lekko skołowany, jednak zaraz dźwignął się z miejsca podchodząc do wilczycy, bo ta sądząc po zachowaniu, jednak też oberwała.
— Trafiła Cię? — Zapytał wyciągając ku niej łapę i delikatnie chwytając w palce kępkę czarnej sierści w miejscu na piersi, gdzie Goul przed chwilą się dotknęła. Teraz nagle jakoś ten brak dystansu wcale mu nie przeszkadzał, ale niewiele nad tym rozmyślał, chciał po prostu sprawdzić czy wilczycy nic złego się nie stało. No, może poza tym, że jej futro wydało mu się jakieś wyjątkowo miłe w dotyku, a jej zapach był wyjątkowo słodki. Dziwne, nigdy czegoś takiego nie doświadczył. To znaczy, w normalnej sytuacji pewnie zaopiekowałby się ranną waderą, w końcu tak był wychowany. Tak właśnie należało postąpić. Ale oprócz tego czuł coś jeszcze, coś bardzo ulotnego, acz niedającego się zignorować i nie potrafił do końca tego wytłumaczyć. Jakby, za każdym razem, gdy Angoulême rzucała mu to fioletowe, wyniosłe spojrzenie, ziemia pod jego łapami zaczynała lekko falować, a po jego wnętrzu rozlewało się coś nieznośnie ciepłego i przyjemnego. Poruszył brwiami, nieświadomie przygryzając dolną wargę.
— Nic tam nie widzę, ale nie jestem uzdrowicielem. Ale znam... miejsce gdzie mogliby Ci pomóc. — Z jakiegoś niezrozumiałego powodu bardzo trudno było mu zebrać myśli, gdy patrzył jej prosto w oczy. Może faktycznie potrzebował tego logopedy?

Kwiecisty Bezkres

: 16 lut 2026, 21:24
autor: Oisin
Karmelitta pisze:
Oisin pisze: 15 lut 2026, 17:04 Oisin nieczęsto opuszczał klanowe tereny. W końcu odkąd pamiętał ojciec zawsze twierdził, że ziemie znajdujące się po drugiej stronie granicy są niebezpieczne. Jednakże tak naprawdę nigdy nie poznał żadnych szczegółów, tak więc nie miał pojęcia, co tak naprawdę może mu tu grozić i dlaczego. W mniemaniu szarofutrego jego ojciec miał niezwykle frustrujący zwyczaj unikania odpowiedzi na pytania zadawane przez jego dzieci, co w miarę, jak samiec dorastał, zdawało się mu coraz bardziej przeszkadzać.
Być może właśnie dlatego, w ramach swoistej wersji nastoletniego buntu, Oisin coraz częściej wymykał się z domu, by powłóczyć się bez większego celu po terenach niczyich.
Dziś też tak było. Szary szedł sobie wesoło przed siebie, śnieg skrzypiał mu pod łapami, a wszystko dookoła zadawała się spowijać jakaś różowawa poświata. Zorientowanie się, że to ostatnie znacznie odbiega od normy zajęło mu nieco zbyt długą chwilę. Przystanął wówczas gwałtownie, a zadowolony wyraz pyska zniknął, zastąpiony przez zaskoczenie. Zadarł łeb, by przyjrzeć się niebu, które niespodziewanie zmieniło kolor. Tak intensywnej barwy jeszcze nigdy na nim nie widział.
Tak się zagapił, że dopiero po chwili, gdy podmuch wiatru przyniósł ze sobą czyjś zapach, samiec zorientował się, iż nie jest sam. Zniżył więc wzrok, rozglądając się dookoła i szukając źródła tej woni. Która zresztą znacznie odbiegała od tego, do czego przywykł, wzbogacona była bowiem o ulotną nutkę obcej magii, którą przyszło mu poczuć po raz pierwszy w życiu.
Wreszcie zauważył w pobliżu sylwetkę wilczycy, najwyraźniej zajmującej się tym samym, co on przed chwilą.
Szczęka mu opadła, gdy zdał sobie sprawę z tego, że włosie pokrywające jej ciało także było różowe.
Widzę na różowo, czy jak...? — mruknął pod nosem, po czym podniósł łapę i przyjrzał jej się z każdej strony, chcąc się upewnić, czy przypadkiem także nie zmieniła barwy. Jednakże pozostała tak samo szara, jak zawsze. Opuścił ją, wykrzywiając pysk w zgłupiałym grymasie, po czym na nowo przeniósł wzrok na samicę.
Po czym, zupełnie zapominając o tym, co ojciec mówił o nie ufaniu obcym, ruszył w miejsca w jej kierunku.
Wybacz, ale... Powiedz mi, czy ty też to widzisz? — wypalił, kiedy znalazł się bliżej nieznajomej, wskazując gestem na różowe niebo.
Jeśli była w stanie dojrzeć przybycie Ognistego i Potępionej — zignorowała je zupełnie. W końcu bezkres, jak sugerowała nazwa, był na tyle rozległy, aby nie wpadać na siebie przez przypadek. (Ale jakbyście zagadywali to proszę o ping, bo bezczelnie Was nie czytam x'D)

Och, prawdopodobnie i ona — podobnie, jak jej przyszły partner walentynkowy — zdawała sobie doskonale sprawę z tego, iż niebo kolorystycznie zdawało się dostosować do niej. Przez moment nawet rozważała, co to znaczy dla niej; czy Ithil właśnie zabarwił niebo na znak, że powinna zostać nową królową klanu? Zaśmiała się pod nosem. Wykluczone, niedorzeczne i absurdalne, ale fajnie było się rozmarzyć. Wyobrazić sobie, że znaczy cokolwiek pośród ogromu otaczającego świata.
Tak się skupiła na tym rozmarzeniu, iż nie od razu dotarło do niej, że ktoś zadał jej pytanie. Być może uznała je za element swojej śmiałej wizji, a może zwyczajnie je wyparła ze świadomości, tańcząc w znacznie głębszych warstwach swojego jestestwa. Poruszyła lekko uchem, kątem oka dostrzegając... kogoś. Odwróciła głowę w jego stronę i posłała Oisinowi ciepły uśmiech.
Przepraszam, mówiłeś coś? Zapatrzyłam się na to różowe niebo i trochę uciekłam myślami — przyznała bez ogródek, by następnie zaśmiać się krótko.

/ chcesz czynić honory? ^^
Zagapiony na różowe niebo i równie różową wilczycę sam nie zauważył, że w pobliżu kręcił się ktoś jeszcze. Tyczyło się to zarówno wilków przebywających teraz na ziemi, jak i tej latającej w powietrzu.
Ta ostatnia jednak wręcz przeciwnie, najwyraźniej zauważyła obecność kogoś jeszcze, niespodziewanie bowiem zmieniła kierunek, szybując w stronę kolejnej nieświadomej niczego pary i już szykując dwie kolejne strzały. Cała czwórka za jednym zamachem, kto by się tego spodziewał!

Nieświadomy niczego Oisin przez moment stał tak z nieco ogłupiałą miną, wpatrując się w różową nieznajomą, która nie odpowiedziała mu od razu. Trwało to jedynie chwilę, lecz na tyle długą, że szary na powrót zaczął poważnie się zastanawiać, czy może zarówno różowe niebo, jak i sama wadera nie są jedynie wytworem jego wyobraźni. Może ostatni posiłek mu zaszkodził, czy coś, dostał gorączki i teraz po prostu miał zwidy? Albo tak naprawdę nigdy nie opuścił terenów klanu i tak naprawdę to wszystko to tylko jakiś dziwny sen? Brzmiało to może i trochę niedorzecznie, jednakże nie mógł przecież tego wykluczyć, prawda? Zwłaszcza, że nic w tej całej sytuacji nie było normalnego. W końcu od kiedy niebo staje się różowe, zwłaszcza o tej porze dnia i przybierając przy tym aż tak wyrazistą barwę? I od kiedy wilki też są różowe?!
Jednakże po chwili nieznajoma jednak się odwróciła, jakby dopiero po fakcie zdała sobie sprawę z jego obecności. Pozbył się głupiej miny z pyska i wyprostował sylwetkę.
Czyli rzeczywiście jest różowe i z moimi oczami wszystko w porządku — odpowiedział, oddychając przy tym z ulgą. — I...To nie jest sen, prawda? — dodał, przechylając powoli głowę i marszcząc przy tym lekko czoło. Musiał się upewnić.
Chociaż... Jeśli rzeczywiście śnił, to czy wilczyca w ogóle byłaby w stanie to potwierdzić? Sny tak nie działały. Chyba. Właściwie to nie był tak do końca pewien. Jakoś wcześniej nigdy się nad tym nie zastanawiał, aż do teraz.
Nagle aż podskoczył w miejscu, czując niespodziewanie, jak coś kłuje go w pośladek.
Ała! — jęknął, wykręcając ciało, by móc zobaczyć, co właściwie się stało. I zrobił wielkie oczy, dostrzegając sterczącą różową strzałę. Nie tylko po raz pierwszy w życiu w ogóle takową widział, nie mówiąc już o tym, iż nigdy wcześniej nikt go nie postrzelił. Jakby tego było mało, dziwny pocisk w chwilę później zniknął na jego oczach, zamieniając się w chmurę dymu. Też różowego. Czyżby właśnie tkwił w jakimś dziwnym, różowym koszmarze?
Nie zauważył, że podobna strzała pomknęła w kierunku stojącej nieopodal wilczycy. A pokryta tak samo jak i cała reszta różowymi serduszkami łuczniczka gdzieś się ulotniła, nad wyraz zadowolona ze swego dzieła.

Kwiecisty Bezkres

: 16 lut 2026, 23:59
autor: Angoulême
Też mi się tak wydaje. — burknęła, nadal próbując zlokalizować dwukolorowego lotnika na niebie, niestety bezskutecznie. Zniknęła też ta cała różowa łuna. Z pewnością to nie był wilczar, Naturzyści byli z natury pokojowi i nie szukali zwady, zwłaszcza w tak głupi sposób, latając nad przypadkowymi wilkami, w tym nad jednym z nich. Ale z drugiej strony oręż posiadał dość prymitywny, pasujący do ich ugrupowania. Nie strzelał do nich z armaty, nie używał też żadnej broni palnej, tylko prostego łuku, zupełnie jak dzika driada wychowana w sercu puszczy.
Niestety tak. — wymamrotała, a chwilę później wyprostowała się jak struna, gdy bursztynowooki drastycznie i bez uprzedzenia zmniejszył dzielącą ich odległość, po czym bez pytania złapał za kępkę futra na jej klatce piersiowej. Chciała zaprotestować, albo jakoś mu odpyskować, ewentualnie sprzedać liścia za zbytnią poufałość, jednak w ułamku sekundy wewnętrznie rozmiękła, kiedy spływające po jego barkach złote loki roztoczyły dookoła niej woń, która otuliła jej ciało prawie jak do snu. Miała w sobie akordy, których nie potrafiła nazwać, a jednak zadziałały na nią niezwykle kojąco. Nie przypominała sobie, by w przeszłości doświadczyła czegoś podobnego. Zmianę w jej zachowaniu mógł dostrzec niemal natychmiast, między innymi w fiołkowym spojrzeniu, które teraz nie było wyniosłe, czy apatyczne, tylko ciepłe, przyjazne, pełne troski.
Udajmy się tam obydwoje, ty też w końcu oberwałeś. — zaproponowała i odwzajemniła gest Ognistego, kładąc przednią łapę na jego kończynie, tej, która została wcześniej przebita magiczną strzałą. Przejechała subtelnie palcami od kości jego śródręcza po sam koniec pazurów, po czym odłożyła łapę na swoje miejsce. Sama dziwiła się swojej nagłej śmiałości.
Ja… przepraszam, że byłam taka niemiła. Zima daje mi się we znaki, nie cierpię tej pory roku. — wytłumaczyła swoje zachowanie i zawiesiła na dłużej fioletowy wzrok na licu adepta, na które również spadały pojedyncze fikuśne loki. Cholera, przystojny był. — Jestem Angoulême.

Kwiecisty Bezkres

: 17 lut 2026, 12:47
autor: Karmelitta
Oisin pisze: Zagapiony na różowe niebo i równie różową wilczycę sam nie zauważył, że w pobliżu kręcił się ktoś jeszcze. Tyczyło się to zarówno wilków przebywających teraz na ziemi, jak i tej latającej w powietrzu.
Ta ostatnia jednak wręcz przeciwnie, najwyraźniej zauważyła obecność kogoś jeszcze, niespodziewanie bowiem zmieniła kierunek, szybując w stronę kolejnej nieświadomej niczego pary i już szykując dwie kolejne strzały. Cała czwórka za jednym zamachem, kto by się tego spodziewał!

Nieświadomy niczego Oisin przez moment stał tak z nieco ogłupiałą miną, wpatrując się w różową nieznajomą, która nie odpowiedziała mu od razu. Trwało to jedynie chwilę, lecz na tyle długą, że szary na powrót zaczął poważnie się zastanawiać, czy może zarówno różowe niebo, jak i sama wadera nie są jedynie wytworem jego wyobraźni. Może ostatni posiłek mu zaszkodził, czy coś, dostał gorączki i teraz po prostu miał zwidy? Albo tak naprawdę nigdy nie opuścił terenów klanu i tak naprawdę to wszystko to tylko jakiś dziwny sen? Brzmiało to może i trochę niedorzecznie, jednakże nie mógł przecież tego wykluczyć, prawda? Zwłaszcza, że nic w tej całej sytuacji nie było normalnego. W końcu od kiedy niebo staje się różowe, zwłaszcza o tej porze dnia i przybierając przy tym aż tak wyrazistą barwę? I od kiedy wilki też są różowe?!
Jednakże po chwili nieznajoma jednak się odwróciła, jakby dopiero po fakcie zdała sobie sprawę z jego obecności. Pozbył się głupiej miny z pyska i wyprostował sylwetkę.
— Czyli rzeczywiście jest różowe i z moimi oczami wszystko w porządku — odpowiedział, oddychając przy tym z ulgą. — I...To nie jest sen, prawda? — dodał, przechylając powoli głowę i marszcząc przy tym lekko czoło. Musiał się upewnić.
Chociaż... Jeśli rzeczywiście śnił, to czy wilczyca w ogóle byłaby w stanie to potwierdzić? Sny tak nie działały. Chyba. Właściwie to nie był tak do końca pewien. Jakoś wcześniej nigdy się nad tym nie zastanawiał, aż do teraz.
Nagle aż podskoczył w miejscu, czując niespodziewanie, jak coś kłuje go w pośladek.
— Ała! — jęknął, wykręcając ciało, by móc zobaczyć, co właściwie się stało. I zrobił wielkie oczy, dostrzegając sterczącą różową strzałę. Nie tylko po raz pierwszy w życiu w ogóle takową widział, nie mówiąc już o tym, iż nigdy wcześniej nikt go nie postrzelił. Jakby tego było mało, dziwny pocisk w chwilę później zniknął na jego oczach, zamieniając się w chmurę dymu. Też różowego. Czyżby właśnie tkwił w jakimś dziwnym, różowym koszmarze?
Nie zauważył, że podobna strzała pomknęła w kierunku stojącej nieopodal wilczycy. A pokryta tak samo jak i cała reszta różowymi serduszkami łuczniczka gdzieś się ulotniła, nad wyraz zadowolona ze swego dzieła.
Zaśmiała się lekko, gdy Oisin dopuścił do siebie myśl, iż wcale nie miał przywidzeń. Pokiwała nawet dość energicznie równie różowym łebkiem, jakby próbując go dodatkowo przekonać, że tak właśnie było. Uniosła ostrożnie jedną z przednich łap i zatoczyła nią krąg.
Jest. Czy to nie piękne? Widzisz, swego czasu postanowiłam polubić ten kolor, z raczej wiadomego powodu — zachichotała wesoło, tą samą łapą, którą przed momentem kręciła, łapiąc za fragment dość luźnej skóry wiszącej na szyi i lekko pociągając, jakby chcąc wskazać, o co dokładnie jej chodziło. No, wilki nie bywały różowe. Ani tutaj, ani tam, skąd pochodziła — więc raczej nietrudno się domyślić, że uchodziła za dziwadło. Tutaj, póki co, robiła bardziej za ciekawostkę, niż odrzucane kuriozum. A przynajmniej nie spotkała się jeszcze z wrogością. Uśmiechnęła się zaraz nieco złowieszczo. — Ale jak chcesz się przekonać, czy to nie sen, mogę cię uszczypnąć — zaproponowała ochoczo.

Nie zdążyła jednak tego zrobić, bo samca faktycznie coś zaatakowało — nie jej palce jednak, a grot strzały. Zobaczyła jedynie jakiś ruch, chciała już spytać Naturzystę, co się stało... Jednak ukłucie w okolicy boku szyi zatrzymało ją w pół kroku. Łapą odruchem chciała wyrwać strzałę (choć prawdopodobnie nie był to najlepszy pomysł), jednak natrafiła tylko na opór powietrza. I dziwny różowy dym. Khę? Moment, moment. Czy przypadkiem nie spotkało jej to już wcześniej!

Spojrzała na samca, chcąc mu o tym opowiedzieć. Wyjaśnić, co właśnie zaszło.
Ale gdy ujrzała jego zielone oczy, głos uwiązł jej w gardle. Słowa przestały mieć znaczenie. To, co wydarzyło się rok temu, nie miało już żadnego znaczenia. I chociaż gdzieś z tyłu głowy wciąż pamiętała, jak zakochała się w Agaresie a potem jej minęło — nie liczyło się to obecnie w ogóle. Uśmiechnęła się uroczo do wilka, poprawiła torbę z książkami.
Przepraszam, możesz mi przypomnieć jak ci na imię? Ja jestem Karmelitta, spod znaku Ithila — przedstawiła się, łapę przytknąwszy do klatki, całkiem, jakby chciała mu wskazać, o kim właśnie mówiła. Bo widocznie to nie było oczywiste.


Kwiecisty Bezkres

: 17 lut 2026, 13:15
autor: Sovillo
Nie speszył się, gdy wilczyca drgnęła pod jego dotykiem, nie przemyślał sobie wcześniej, że na taką poufałość może zareagować różnie, ale umówmy się, nawet gdyby sprzedała mu teraz płaskiego, to pewnie niewiele by sobie z tego zrobił. Uśmiechnął się lekko, widząc jak jej spojrzenie łagodnieje, a rysy zmiękczają się w ułamku sekundy. Podświadomie chyba odczytał to jako zachętę, bo zaraz sięgnął łapą wyżej i delikatnie odsunął niesforny kosmyk z jej policzka, układając go razem z resztą futra. Nie zamierzał się jej szczególnie naprzykrzać, ale w tym konkretnym momencie nie rozpatrywał swojego gestu w takich kategoriach, po prostu instynktownie ciągnęło go ku niej, a ona... nie wyglądała jakby miała coś przeciw.
Odruchowo spojrzał na swoją łapę, gdy mu przypomniała, że in on dostał strzałą od dziwnego, agresywnego wilczara.
— Hm, chyba nic mi nie jest. — Odpowiedział miękko, pokazując jej miejsce po uderzeniu. Nie było na nim żadnej widocznej rany. Gdy Angoulême ujęła jego łapę w swoje palce, delikatnie dotykając śródręcza, po grzbiecie przebiegł mu przyjemny dreszcz. Opuścił lekko kufę, zerkając w dół, a kilka luźniejszych loczków opadło mu na oczy. Poprawił je zaraz krótkim ruchem głowy, jednocześnie strzepując z siebie pulsujące napięcie jakie go ogarniało. Skup się! Upomniał sam siebie w myślach. Przecież nie chcesz żeby sobie poszła!
— Ale racja, chodźmy. Może niech ktoś to obejrzy. — Dodał podrywając się do góry i prowadząc wilczycę ścieżką w dół równiny, w stronę terenów Ognistych.
— Zrozumiałe, ja też nie przepadam za zimą. Prawdę powiedziawszy, z tego powodu tu przyszedłem. — Szedł dość wolno, dopasowując swój rytm do jej kroku, by nie musiała za nim gonić. — Ja jestem Iskra Zenitu, możesz mi mówić po prostu Zenit.

/zt x2

Kwiecisty Bezkres

: 18 lut 2026, 21:20
autor: Oisin
Karmelitta pisze:
Oisin pisze: Zagapiony na różowe niebo i równie różową wilczycę sam nie zauważył, że w pobliżu kręcił się ktoś jeszcze. Tyczyło się to zarówno wilków przebywających teraz na ziemi, jak i tej latającej w powietrzu.
Ta ostatnia jednak wręcz przeciwnie, najwyraźniej zauważyła obecność kogoś jeszcze, niespodziewanie bowiem zmieniła kierunek, szybując w stronę kolejnej nieświadomej niczego pary i już szykując dwie kolejne strzały. Cała czwórka za jednym zamachem, kto by się tego spodziewał!

Nieświadomy niczego Oisin przez moment stał tak z nieco ogłupiałą miną, wpatrując się w różową nieznajomą, która nie odpowiedziała mu od razu. Trwało to jedynie chwilę, lecz na tyle długą, że szary na powrót zaczął poważnie się zastanawiać, czy może zarówno różowe niebo, jak i sama wadera nie są jedynie wytworem jego wyobraźni. Może ostatni posiłek mu zaszkodził, czy coś, dostał gorączki i teraz po prostu miał zwidy? Albo tak naprawdę nigdy nie opuścił terenów klanu i tak naprawdę to wszystko to tylko jakiś dziwny sen? Brzmiało to może i trochę niedorzecznie, jednakże nie mógł przecież tego wykluczyć, prawda? Zwłaszcza, że nic w tej całej sytuacji nie było normalnego. W końcu od kiedy niebo staje się różowe, zwłaszcza o tej porze dnia i przybierając przy tym aż tak wyrazistą barwę? I od kiedy wilki też są różowe?!
Jednakże po chwili nieznajoma jednak się odwróciła, jakby dopiero po fakcie zdała sobie sprawę z jego obecności. Pozbył się głupiej miny z pyska i wyprostował sylwetkę.
— Czyli rzeczywiście jest różowe i z moimi oczami wszystko w porządku — odpowiedział, oddychając przy tym z ulgą. — I...To nie jest sen, prawda? — dodał, przechylając powoli głowę i marszcząc przy tym lekko czoło. Musiał się upewnić.
Chociaż... Jeśli rzeczywiście śnił, to czy wilczyca w ogóle byłaby w stanie to potwierdzić? Sny tak nie działały. Chyba. Właściwie to nie był tak do końca pewien. Jakoś wcześniej nigdy się nad tym nie zastanawiał, aż do teraz.
Nagle aż podskoczył w miejscu, czując niespodziewanie, jak coś kłuje go w pośladek.
— Ała! — jęknął, wykręcając ciało, by móc zobaczyć, co właściwie się stało. I zrobił wielkie oczy, dostrzegając sterczącą różową strzałę. Nie tylko po raz pierwszy w życiu w ogóle takową widział, nie mówiąc już o tym, iż nigdy wcześniej nikt go nie postrzelił. Jakby tego było mało, dziwny pocisk w chwilę później zniknął na jego oczach, zamieniając się w chmurę dymu. Też różowego. Czyżby właśnie tkwił w jakimś dziwnym, różowym koszmarze?
Nie zauważył, że podobna strzała pomknęła w kierunku stojącej nieopodal wilczycy. A pokryta tak samo jak i cała reszta różowymi serduszkami łuczniczka gdzieś się ulotniła, nad wyraz zadowolona ze swego dzieła.
Zaśmiała się lekko, gdy Oisin dopuścił do siebie myśl, iż wcale nie miał przywidzeń. Pokiwała nawet dość energicznie równie różowym łebkiem, jakby próbując go dodatkowo przekonać, że tak właśnie było. Uniosła ostrożnie jedną z przednich łap i zatoczyła nią krąg.
Jest. Czy to nie piękne? Widzisz, swego czasu postanowiłam polubić ten kolor, z raczej wiadomego powodu — zachichotała wesoło, tą samą łapą, którą przed momentem kręciła, łapiąc za fragment dość luźnej skóry wiszącej na szyi i lekko pociągając, jakby chcąc wskazać, o co dokładnie jej chodziło. No, wilki nie bywały różowe. Ani tutaj, ani tam, skąd pochodziła — więc raczej nietrudno się domyślić, że uchodziła za dziwadło. Tutaj, póki co, robiła bardziej za ciekawostkę, niż odrzucane kuriozum. A przynajmniej nie spotkała się jeszcze z wrogością. Uśmiechnęła się zaraz nieco złowieszczo. — Ale jak chcesz się przekonać, czy to nie sen, mogę cię uszczypnąć — zaproponowała ochoczo.

Nie zdążyła jednak tego zrobić, bo samca faktycznie coś zaatakowało — nie jej palce jednak, a grot strzały. Zobaczyła jedynie jakiś ruch, chciała już spytać Naturzystę, co się stało... Jednak ukłucie w okolicy boku szyi zatrzymało ją w pół kroku. Łapą odruchem chciała wyrwać strzałę (choć prawdopodobnie nie był to najlepszy pomysł), jednak natrafiła tylko na opór powietrza. I dziwny różowy dym. Khę? Moment, moment. Czy przypadkiem nie spotkało jej to już wcześniej!

Spojrzała na samca, chcąc mu o tym opowiedzieć. Wyjaśnić, co właśnie zaszło.
Ale gdy ujrzała jego zielone oczy, głos uwiązł jej w gardle. Słowa przestały mieć znaczenie. To, co wydarzyło się rok temu, nie miało już żadnego znaczenia. I chociaż gdzieś z tyłu głowy wciąż pamiętała, jak zakochała się w Agaresie a potem jej minęło — nie liczyło się to obecnie w ogóle. Uśmiechnęła się uroczo do wilka, poprawiła torbę z książkami.
Przepraszam, możesz mi przypomnieć jak ci na imię? Ja jestem Karmelitta, spod znaku Ithila — przedstawiła się, łapę przytknąwszy do klatki, całkiem, jakby chciała mu wskazać, o kim właśnie mówiła. Bo widocznie to nie było oczywiste.

Położył uszy po sobie i bardzo powoli się odwrócił, starając się zachować jako taki spokój, jakby spadające z nieba strzały, zwłaszcza takie różowe i zamieniające się w dym były jak najbardziej normalnym zjawiskiem. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że chyba rzeczywiście śnił, niezależnie od tego, co twierdziła tamta różowa panna. W końcu nie tylko otoczenie postanowiło przyjąć cukierkową barwę, przecież właśnie dostał strzałą i... Chyba nic mu nie było? Nawet za bardzo nie bolało? To nie miało żadnego sensu.
Cóż, sny mają to do siebie, że trwają przez jakiś czas a potem wilk się budzi. Trochę podniosło go to na duchu. Skupił wzrok na wilczycy.
I na dłuższą chwilę się na nią zagapił. O ile oczywiście barwa jej futra nie umknęła uprzednio jego uwadze, chyba dopiero teraz zauważył, jak pięknie się to futro prezentuje. Połyskujące, o niespotykanie intensywnym kolorze, tak różnym od tego, do czego przywykł, w dodatku wyglądało na wyjątkowo mięciutkie. No i jeszcze te błękitne, idealnie kontrastujące z nim oczy. Najpewniej Oisin nie byłby nawet w stanie opisać tego, jak wielkie wrażenie zrobił na nim ów widok. W tym momencie był przekonany, że właśnie spogląda na najpiękniejszą wilczycę na świecie, i nie mógł wręcz oderwać od niej wzroku.
Powoli budziło się w nim także i inne odczucie, które jeszcze bardziej było mu obce, niż ów zachwyt. Ze względu na wiek (jak pewnie i fakt, iż naprawdę niewiele znał wilczyc, a większość z tych była z nim spokrewniona) nigdy wcześniej nie dane mu było przeżywać zauroczenia. A teraz przyszło mu odczuwać je ze dwa razy mocniej, za sprawą tych zaczarowanych strzał.
W efekcie na chwilę zapomniał języka w gębie.
Och, ja... — wyjąkał po paru sekundach ciszy, nieco niepewnie. Nic zresztą dziwnego, skoro miał przed sobą taką piękność, a on... Cóż, był Oisinem, zwykłym szarym wilkiem zarówno w przenośni, jak i dosłownym. — Oisin. Yyy...No... Po prostu Oisin — przedstawił się trochę niezręcznie, po czym wykrzywił pysk w uśmiechu. — Jesteś... Bardzo ładna. To znaczy...! — urwał gwałtownie, czując, że się czerwieni pod futrem. — To znaczy, miło mi.

Kwiecisty Bezkres

: 18 lut 2026, 21:30
autor: Karmelitta
MIała dwoje oczu — i całkiem nieźle na nie widziała. Nic więc dziwnego w tym, że Oisin wydał się jej bardzo atrakcyjnym samcem. Prawdopodobnie postrzegała go tak jeszcze nim ta cholerna strzała miłości sięgnęła jej ciała, lecz teraz poczucie to stało się o wiele bardziej intensywne, żarliwe, ciepłe.
Do tego stopnia, że wspaniałomyślnie nie zachichotała, gdy zaczął się gubić w słowach. Chciała mu wręcz dodać nieco otuchy, więc maksymalnie zmniejszyła dzielących ich dystans i tyknęła go nosem w policzek.
Oisin. Bardzo ładne imię. Powiedz... Czy należysz do Klanu Natury? — Był w końcu adeptem, prawdopodobnie magia, która go obejmowała, była słaba i trudna do wyczucia, nawet mimo tego, iż Karmelitta znajdowała się dość blisko niego. Poprawiła torbę, jako, że odruchowo czyniła to nad wyraz często. Jakby chciała się upewnić, że wciąż znajdowała się na jej szyi.
Bardzo podobają mi się twoje oczy.
I wtedy zaburczało jej w brzuchu. Zaśmiała się, trochę nerwowo.
Może coś zjemy? — zaproponowała.